piątek, 13 kwietnia 2018

BARONÓWNA

JAK RODZI SIĘ PASJA


Autor: Michał Wójcik
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 320
Tytuł: Baronówna

ISBN: 978-83-240-3825-1

Od dłuższego czasu (dłuższy oznacz tutaj lata, a nie miesiące) obserwują stały wzrost zainteresowania literaturą faktu, a szczególnie historią. Tak przynajmniej wnioskuję z oznak pośrednich. Z roku na rok coraz więcej książek o tej tematyce pojawia się na półkach księgarń. Można więc założyć, że jest to odpowiedź na zmieniające się gusty czytelników.
Lubię historię, a do tego literaturę faktu od pewnego czasu przedkładam nad fikcję, zasadniczo więc cieszy mnie ten trend, ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Jak wiadomo, nie zawsze ilość idzie w parze z jakością. Do tego zauważam pewno rozwarstwienie literatury historycznej. Wydawcy, a może autorzy, często popadają w jedną z dwóch skrajności: albo serwują nam publikacje do bólu poważne, bez dwóch zdań wartościowe, ale nudne jak flaki z olejem i porywające niczym szkolny podręcznik, albo starają się uwieść czytelnika sensacją tyleż tanią co bzdurną. Chodzi mi o rewelacje typu „Winston Churchill był kobietą w przebraniu”,  „Królowa Elżbieta II nieślubną córką kucharki”, „Stalin to tajny agent carskiej ochrany”, itd., itp. Czujecie?
Jeśli do tego dodać fakt, że II Wojna Światowa nie jest moim ulubionym okresem – zdecydowanie bardziej interesują mnie okresy odleglejsze – nie ma się co dziwić, że po „Baronównę” sięgałam z pewną taką nieśmiałością. Tymczasem książka Michała Wójcika zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Zarówno treść, jak i sposób jej podania są bardzo interesujące. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mamy do czynienia z pozycją ze wszech miar godną uwagi.
Sama historia Wandy Kronenberg to literacki samograj. Piękna, młoda kobieta, sekrety wywiadu, niewyjaśnione  tajemnice, knowania, intrygi. Toż to materiał nie tylko na dobrą książkę, ale i na niejeden film, albo nawet serial. Dodajmy jeszcze, że w przeciwieństwie do wielu epizodów II Wojny Światowej, opowieść o Wandzie Kronenberg nie została wyeksploatowana. Prawdę mówiąc, jest to postać praktycznie nieznana. Doprawdy intrygujące jest jak to się stało, bo wydawać by się mogło, że o II Wojnie napisano już praktycznie wszystko. Czasem mam wrażenie, ze przeliczono nawet guziki żołnierzy walczących po obu stronach. A tu taka gratka! Coś nowego.
 „Baronówna” nie pretenduje do miana pozycji akademickiej. Wójcik bardzo sprawnie korzysta ze swobody jaką daje autorowi formuła popularno-naukowa. Fragmenty „czystej” historii przeplata elementami fabularyzowanymi, sprawiającymi, że opisywane postaci nabierają życia, przestają być abstrakcyjnymi bytami historycznymi, a stają się prawdziwi ludźmi z krwi i kości. Pozwala sobie na dygresje, czasem usuwa główną bohaterkę z pierwszego planu, każąc jej na chwile skromnie poczekać gdzieś w tle i ustąpić miejsca innym postaciom.  Między czytelnikiem a bohaterami niezauważalnie rodzi się  więź, opowieść zaczyna nie tylko interesować na płaszczyźnie czysto intelektualnej lecz także budzi emocje. Swoboda w prezentowaniu informacji nie wpływa jednak w najmniejszym nawet stopniu na ich rzetelność. Autor wyraźnie zaznacza gdzie mamy do czynienia ze zweryfikowanymi faktami, a gdzie mówimy o domysłach czy spekulacjach.
Prawdziwą gratką dla miłośników historii jest aneks zawierający przedruk najważniejszych, a może po prostu najciekawszych zdaniem autora, dokumentów wygrzebanych w archiwach podczas poszukiwania materiałów do książki. Gdyby komuś tego było jeszcze mało, może kontynuować samodzielne pogłębianie wiedzy wspierając się liczącą kilkadziesiąt pozycji bibliografią.
„Baronówna” została też podobno wzbogacona materiałem ilustracyjnym. Piszę „podobno”, bo mój egzemplarz recenzyjny zawiera jedynie spis ilustracji i informacje o źródłach ich pochodzenia. (Egzemplarze recenzyjne często są wydaniami uproszczonymi). Trudno mi więc ocenić ich jakość. Na podstawie spisu mogę jedynie domniemywać, że  to materiał ciekawy.
A teraz czas na wstydliwe wyznanie. Choć wszystko to co napisałam powyżej jest szczerą prawdą, to autor „kupił” mnie zupełnie czym innym. Spójrzmy na okładkę. Cóż tam widzimy oprócz tytułu? Podtytuł: „Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie”.
Domyślcie się już o co mi chodzi? Ciepło… Ciepło… „Baronówna” to książka nie tylko o Wandzie Kronenberg. To także książka o śledztwie.
Wójcik zdecydował się na ciekawy krok. Pozwala by czytelnik towarzyszył mu cały czas w procesie twórczym. Dzięki temu poznajemy dzieje publikacji od momentu gdy zrodził się pomysł, poprzez wszystkie kolejne etapy. Widzimy jak to, co początkowo miało być jedynie realizacją kolejnego zlecenia zmienia się w pasję, a wręcz w obsesję. I to jest właśnie druga opowieść, przeplatająca się z pierwszą. Opowieść o rodzeniu się pasji. Równie ciekawa jak opowieść o kobiecie-szpiegu.

środa, 4 kwietnia 2018

W SZOKU

WSZYSCY JESTEŚMY PACJENTAMI


Tytuł: W szoku
Autor: Rana Awdish
Tłumacz: Rafał Śmietana
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 320
ISBN: ‎ 978-83-240-4766-6



x

Gdybym miała zgadywać, skąd się wzięło „W szoku”, obstawiałbym, że to pokłosie sesji terapeutycznej. Amerykańscy psychoanalitycy często radzą pacjentom, by opisali swe traumatyczne przeżycia. Czasem powstają z tego publikacje. To oczywiście moje spekulacje i prawda mogła być zupełnie inna. Myślę jednak, że takie „podejrzenie”, nawet jeśli jest kompletnie błędne, dobrze oddaje ducha książki. 

Autorka, dr Rana Awdish, pracowała jako lekarka na oddziale intensywnej terapii, aż któregoś dnia przewrotny los sprawił, że niespodziewanie znalazła się po drugiej stronie – została pacjentką tam, gdzie jeszcze niedawno leczyła. I wtedy na własnym przykładzie przekonała się, jak to jest być chorym, zdanym na łaskę i niełaskę ludzi w białych fartuchach. Jak pewnie się domyślacie, przeżycie było koszmarne. 

Problem relacji między lekarzem i pacjentem jest tyleż ważny, co trudny. Niby cel mają wspólny – obu stronom chodzi wszak o to, by chory jak najszybciej powrócił do zdrowia – a jednak zupełnie inaczej postrzegają szpitalną rzeczywistość. Pacjenci zarzucają lekarzom brak empatii, pazerność i niekompetencję; lekarze uskarżają się na roszczeniowość pacjentów, brak współpracy, a wręcz utrudnianie leczenia. W przypadku dr Awdish powstała sytuacja nietypowa – oto pojawiła się osoba zdolna popatrzeć na problem z obu punktów widzenia.W żaden sposób nie można zarzucić jej ani stronniczości, ani braku kompetencji. Jest w pełni predestynowana do szukania odpowiedzi na pytanie, po czyjej stronie leży prawda. 

Wszyscy jesteśmy (albo byliśmy, albo będziemy) pacjentami. Wszyscy wiemy, że służbie zdrowia daleko do doskonałości. A jednak nasze żale często kwitowane są machnięciem ręki jako narzekania profanów. Z drugiej strony wiele umyka nam po prostu z braku wiedzy. Są błędy i zaniedbania, które może dostrzec jedynie osoba z odpowiednimi kwalifikacjami i doświadczeniem medycznym. Już chociażby dlatego „W szoku” to pozycja ważna, godna uwagi i dająca do myślenia. 

Jednak każdy medal ma dwie strony. Choć osobiste doświadczenia pozwoliły dr Awdish spojrzeć na problem z różnych perspektyw, jednocześnie pozbawiły ją obiektywizmu. Pisze ona bardzo, ale to bardzo emocjonalnie, w wielu miejscach wpada wręcz w nieznośną egzaltację. Zamiast poważnej publicystyki dostajemy afektowany tekst ocierający się o najgorsze wzorce kiepskiego czytadła. Wymyślne porównania i metafory, rozbudowane opisy przeżyć wewnętrznych w małej dawce wzbogaciłyby książkę, ale nadużyte – znacznie ją spłyciły. 

Autorka koncentruje się na tym, co dla niej ważne, często niestety ze szkodą dla opowieści. Tu i ówdzie po prostu wieje nudą. Czytelnik sięgający po reportaż oczekuje faktów, „mięsa”, a nie ckliwych rozważań. Ciągnąca się przez kilkadziesiąt stron historia o tym, jak doszło do choroby i jak ogromnie bohaterka cierpiała, byłaby jak najbardziej na miejscu w powieści obyczajowej. Mogłaby pewnie niejedną łzę wycisnąć, szczególnie u co wrażliwszych czytelniczek. W literaturze faktu męczy. 

W pewnej chwili dr Awdish wykonuje karkołomną woltę i zmienia punkt widzenia. Po tym, gdy już jasno stwierdziła, że lekarze postępują źle, zaczyna drążyć, dlaczego tak jest. Wyjaśnienie tej kwestii z pewnością byłoby pożądane. Jeśli chcemy zobaczyć pełny obraz, musimy poznać racje obu stron. Jednak i tu szybko emocje biorą górą i autorka znowu wpada w ckliwo-pompatyczne tony. Czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak tylko uronić łzę nad ciężkim losem lekarzy. I tak oto „W szoku” maluje świat, w którym wszyscy chcą dobrze, tylko im nie wychodzi, bo padli ofiarami systemu. Zamiast pozycji obiektywnej powstała nieintencjonalnie rzecz nijaka, pozbawiona tezy i myśli przewodniej. Owszem, „W szoku” zawiera wiele ciekawych obserwacji i przemyśleń, ale czytelnik musi sam odsiać wiedzę od emocji. 

Na koniec nie mogę powstrzymać się od dygresji. Od jakiegoś czasu polska służba zdrowia chwali się zmianami, w szczególności wprowadzaniem nowoczesnych procedur. Z rozważań dr Awdish wynika natomiast, że w wielu przypadkach procedury te czynią więcej złego niż dobrego. Rutyna wypiera myślenie, przepisy zastępują rozsądek, a pacjentów nikt nie słucha. Smutny to wniosek. I nie jedyny po lekturze „W szoku”. Opowiedziane przez autorkę historie, jej obserwacje i rozważania skłaniają do refleksji i do samodzielnego drążenia tematu. Dlatego, choć sporo dostrzegam w tej publikacji wad, zachęcam mimo wszystko do lektury, ale zrozumiem, jeśli z niektórymi fragmentami zapoznacie się jedynie pobieżnie. Te, które przeczytacie wnikliwie, bez dwóch zdań są warte uwagi. 


piątek, 23 marca 2018

TRUPIA FARMA. NOWE ŚLEDZTWA.



NIE TYLKO DETEKTYW

Tytuł: Trupia farma. Nowe śledztwa
Autor: Bill Bass, Jon Jefferson
Tłumacz: Janusz Ochab
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 430
ISBN: ‎978-83-240-4757-4

Większość opowieści kryminalnych i kryminalno-sensacyjnych koncentruje się na tym, co robi detektyw. Trud pracowitych mrówek, równie ważnych, a może nawet ważniejszych dla sukcesu śledztwa, zazwyczaj kwitowany jest rzucanym od niechcenia pytaniem „Technicy już skończyli?”. Czasem jeszcze gdzieś tam, w tle pojawia się jako postać drugoplanowa ekscentryczny patolog. Pełni on jednak głównie rolę wesołego przerywnika rozluźniającego na chwilę ciężką atmosferę kryminalnego dramatu. Dopiero amerykańska franczyza „CSI” zrobiła tu pewien wyłom i sprawiła, że więcej osób zainteresowało się tym, co się dzieje w laboratoriach kryminalistycznych. Dla tej właśnie grupy, do której i ja należę, nowa książka Billa Bassa i Jona Jeffersona jest prawdziwą gratką. „Trupa Farma. Nowe śledztwa” to nie zwykła odpowiedź na pytania „jak oni to robią?”. To odpowiedź z pierwszej ręki, udzielona przez fachowca. Legendarnego (nie lubię tego mocno nadużywanego słowa, ale w tym przypadku jest ono jak najbardziej na miejscu) „detektywa kości”. 

Warto w tym miejscu nadmienić (na wypadek, gdy komuś umknęło), że „Nowe śledztwa” stanowią kontynuację bestselerowej „Trupiej Farmy”. Warto zapoznać się wcześniej z pierwszą częścią, ale nie jest to konieczne i można drugą potraktować jako samodzielną pozycję bez szkody dla zrozumienia zawartych w niej treści. O ile tom pierwszy poświęcony jest historii „Trupiej Farmy”, czyli unikatowego przedsięwzięcia naukowego mającego na celu ustalenie, co dzieje się z ludzkim ciałem po śmierci, o tyle „Nowe śledztwa” pokazują kryminalistykę i medycynę sądową w działaniu. Bass prezentuje trzynaście różnych spraw. Dobrał je bardzo starannie. W każdej z nich przedstawia zastosowanie innej dziedziny wiedzy. Dowiadujemy się więc, jak wygląda w praktyce kryminalistycznej wykorzystanie ultrafioletu, zdjęć rentgenowskich, mikroskopii elektronowej, sonaru i komputera. Poznajemy przedstawicieli przeróżnych profesji, takich jak antropologia sądowa, stomatologia sądowa czy entomologia sądowa. Autor opowiada też o bodajże jedynej na świecie, a z pewnością jedynej w USA, osobie z tytułem naukowym w dziedzinie sztuki sądowej (tak, tak! Okazuje się, że istnieje taka specjalizacja!). 

Bass nie stara się epatować makabrą, wręcz przeciwnie, przedstawia kolejne zagadnienia w sposób bardzo wyważony, jednak miejscami nie jest to pozycja dla osób o słabym żołądku. O ile praca antropologa podczas badań historycznych ma w sobie sporą dozę przygody, o tyle działania na miejscu katastrofy czy podczas ekshumacji są, mówiąc delikatnie, mało apetyczne. Nie polecam tej książki jako lektury podczas śniadania. 

Przyjęta koncepcja doboru spraw ma pewien efekt uboczny. Autora interesuje tylko drobny wycinek dochodzenia. Taka zagadka w zagadce: kim jest ofiara. Czasem rzuca też nieco światła na okoliczności śmierci. Na tym kończy się jego praca – z aktywnego uczestnika wydarzeń staje się jedynie obserwatorem. Stąd spory odsetek spraw opisanych w "Nowych śledztwach" pozostaje zagadkami bez odpowiedzi. Bo nie ich rozwiązanie jest istotą książki, lecz opowieść o rozwoju kryminalistyki, o jej wzlotach i upadkach. 

„Trupia Farma. Nowe śledztwa” nie stanowi publikacji stricte popularnonaukowej. To przede wszystkim pamiętnik i opowieść o ludziach wytyczających nowe ścieżki medycyny sądowej. Stąd liczne wstawki, dygresje i akcenty osobiste. Znacznie uprzyjemniają one treść, czynią ją lżejszą i bliższą literaturze rozrywkowej, aczkolwiek tendencja Bassa do odbiegania od głównego wątku – bardzo ceniona w pozycjach gawędziarskich – tutaj może nieco utrudniać odbiór. 

Aby nieco ułatwić lekturę i zaoszczędzić czytelnikowi zbyt częstego zaglądania do Internetu w poszukiwaniu wyjaśnienia niezrozumiałych słów i określeń, książkę wzbogacono o aneks zawierający schemat ludzkiego szkieletu oraz czaszki, a także o słownik najważniejszych terminów antropologicznych i sądowych. Muszę przyznać, że ten ostatni wielce mnie bawił. Wyraźnie przetłumaczono go z wersji anglojęzycznej nie zastanawiając się, które słowa rzeczywiście wymagają dodatkowego objaśnienia. O ile terminy takie jak „dystalny”, „proksymalny” czy „puparium” nie są może ogólnie znane, o tyle określenia „pośmiertny”, „przedśmiertny”, „żuchwa” albo „lekarz sądowy” nie nastręczą trudności nawet średnio rozgarniętemu odbiorcy. Co więcej – sądzę, że ktoś, kto nie rozumie tych słów jest… po prostu zdecydowanie za młody na taką książkę. Ale to doprawdy drobny mankament. 

niedziela, 11 marca 2018

DEMASKATOR


MĘŻCZYZNA, KTÓRY NIENAWIDZIŁ PRAWNIKÓW



Tytuł: „Demaskator”
Autor: John Grisham
Tłumacze: Andrzej Szulc, Anna Dobrzańska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 416
Dawno, dawno temu byłam fanką Grishama. Może nie najbardziej zagorzałą, ale jednak fanką. Kolejnych książek wyglądałam z niecierpliwością, kupowałam i czytałam, gdy tylko się pojawiły. Za każdym razem dostawałam to, czego się spodziewałam – kawał dobrej rozrywki. Przynajmniej do czasu. Aż nagle coś się stało. Przeczytałam, a właściwie przemęczyłam „Górę bezprawia”.  Nie będę się pastwić nad tą pozycją, bo nie o niej mam pisać. Wspominam owo przeżycie dlatego, że wtedy obiecałam sobie już nigdy po Grishama nie sięgać. Musiały minąć dwa lata, aż mi w końcu złość przeszła. Postanowiłam dać autorowi jeszcze jedną szansę. Czy było warto? I tak, i nie, ale nie wybiegajmy zbyt daleko na przód. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.
O niepowtarzalnym uroku książek Grishama decydowała rzadka umiejętność prezentowania w atrakcyjny sposób zawiłych mechanizmów prawa. Potyczki na kruczki prawne, wykorzystywanie luk i precedensów były naprawdę wciągające. Nie każdy potrafi tak zgrabnie opisać „paragrafy w akcji”. Od czasu do czasu Grisham porzucał jednak sprawdzony przepis i próbował sił w innym gatunku, jak chociażby w rewelacyjnym choć, moim zdaniem niesłusznie niedocenionym, „Malowanym domu”.  W „Demaskatorze” autor również odchodzi od utartego schematu thrillera prawniczego – tym razem na rzecz sensacji. Sensacji zaangażowanej społecznie.
Intryga zawiązuje się od razu na kilku pierwszych stronach, mogę więc bez większej szkody zdradzić to i owo. Pracownica Komisji Dyscyplinarnej Sędziów otrzymuje informację o korupcji. Sędzia Claudia McDover za sowitą opłata ukrywa przekręty finansowe związane z jednym z florydzkich kasyn. Ten ostatni wątek – kasyna prowadzone przez indiańskie plemiona – może być dość ciekawy dla polskiego czytelnika. Przy okazji wyjaśnia, że nie wszyscy poszukiwacze własnych korzeni, odkrywający w sobie nagle krew rdzennych Amerykanów (czyli, mówiąc po ludzku, Indian) kierują się wyłącznie szacunkiem dla przodków. Pobudki często bywają zacznie bardziej merkantylne.
Tak zgrabnie rozpoczęta fabuła rozwija się gracko i od razu wciąga. Niestety, tylko do czasu. Im dalej w las, tym więcej zgrzytów.
Pierwszym, co prawda niewielkim zgrzytem, wręcz zgrzycikiem, jest postać przekupnej sędzi. Prowadząca życie ponad stan, ostentacyjnie szastająca pieniędzmi kobieta zda się prowokować dochodzenie. Jakby nakleiła sobie na czole nalepkę „biorę łapówki”. Czy ktoś tak nierozsądny mógł zostać sędzią, chociażby prowincjonalnym? Tę nielogiczność można jednak dość łatwo usprawiedliwić. Ludzie różnie reagują na nieoczekiwanie wzbogacenie się – jedni traktują to jako nieoczekiwany uśmiech losu, inni głupieją. Szkoda, że autor tego elementu nie wyjaśnił, ale załóżmy, że liczył na domyślność czytelnika. Niech będzie. Gorzej, że i pozostali bohaterowie zachowują się, mówiąc delikatnie, niezbyt logicznie. Przestępcy, który przez lata drwili z prawa, nagle zaczynają popełniać głupie błędy i dają się złapać niczym ślepe szczenięta.
Nieco lepiej rzecz się ma z postaciami pozytywnymi. Co prawda na kartach powieści nie znajdziemy specjalnie głębokiej analizy psychologicznej, lecz bohaterowie są przynajmniej w miarę logiczni i (w miarę) wiarygodni. Inna sprawa, że są potraktowani dość szablonowo, przez co trudno się z nimi jakoś specjalnie związać emocjonalnie. Mówiąc krótko, bohaterowie „Demaskatora” są prości zarówno w czynach, jak i w motywacjach.
Równie prosta jest linia fabularna powieści. Nie ma niej tak pożądanych w sensacji nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskoczeń czy zagadek. Nie ma suspensu. Właściwie wystarczyłoby przeczytać sam początek i koniec, by dowiedzieć się wszystkiego. Wydarzenia „pomiędzy” niewiele wnoszą. Ot, taki literacki wypychacz.
Historia (literatury) uczy jednak, że dobry pisarz nawet dość wątłą fabułę potrafi tak ubrać w słowa, by powstał satysfakcjonujący efekt końcowy. Porzućmy więc rozważania o akcji „Demaskatora” i zajmijmy się formą. Tutaj czeka nas niemałe zaskoczenie. Początek książki jest naprawdę niezły. Napisany w starym, dobrym grishamowskim stylu. Mamy więc typową narrację trzecioosobową z bohaterem prowadzącym. Przez cały czas towarzyszymy bohaterom, obserwujemy ich działania, śledzimy emocje, wraz z nimi przeżywamy kolejne wydarzenia. Wykorzystując twórczo język informatyki, można by powiedzieć, że oglądamy całą historię  „w czasie rzeczywistym”. I nagle, tak gdzieś w dwóch trzecich powieści, coś się stało. Nie wiem, co. Może autor zmęczył się żmudnym pisaniem albo po prostu zaczęło go to nudzić? Może terminy zaczęły cisnąć? Może miał coś ważniejszego albo ciekawszego do roboty? Mam też inne podejrzenia, ale z obawy przed procesem o zniesławienie ich nie przytoczę (jak by nie było, Grisham jest prawnikiem, nie praktykującym, ale mimo wszystko prawnikiem). Styl zmienia się nie do poznania, jakby wyszedł spod zupełnie innego pióra. Bohater prowadzący znika, a na jego miejsce pojawia się wszechwiedzący narrator, kontynuujący opowieść jakby spoza kadru. Pędzi przy tym jak szalony, przeskakując dziarsko po kilka miesięcy. Tekst przypomina bardziej rozbudowany synopsis niż przyzwoitą powieść. Bardzo to niemiłe zaskoczenie. Oj, bardzo.
Po raz kolejny Grisham chce stawiać ważne pytania. Po raz kolejny pochyla się nad kondycją amerykańskiego sądownictwa, nad wypaczeniami systemu, który miast prawu, służy bezprawiu. To istotny problem i dobrze, że ktoś stara się zwrócić uwagę opinii publicznej na nieprawidłowości. Szkoda tylko, że forma nie nadąża za ambitnym zamierzeniem. To, co dostajemy w „Demaskatorze”, jest zbyt powierzchowne na powieść zaangażowaną, a jednocześnie zbyt rozwlekłe na sensacyjną. Co prawda, jest znacznie lepiej, niż w nieszczęsnej „Górze bezprawia”, od której rozpoczęłam ten tekst, ale do ideału jeszcze bardzo, bardzo daleko. Powieść dla wiernych miłośników Grishama. Można przeczytać, ale można bez większej straty sobie odpuścić.

niedziela, 18 lutego 2018

HEL 3

WSZYSTKIE LĘKI JAROSŁAWA G


Tytuł: „Hel-3”
Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawca: Fabryka Słów 2017
Stron: 512

Zacznę od truizmu. „Hel-3” to książka z niecierpliwością wyczekiwana przez fanów.  Powiem więcej: to jedna z najbardziej wyczekiwanych pozycji polskiej fantastyki ostatnich lat. Czy spełni pokładane w niej nadzieje? Czas pokaże.
Wbrew pozorom ogromny sukces „Pana lodowego ogrodu” tyleż pomaga nowej powieści Grzędowicza, co jej szkodzi. Pomaga, bo z pewnością rzesze fanów popędzą do księgarń, zwabione nazwiskiem autora. Przeszkadza, bo poprzeczka została ustawiona naprawdę wysoko. Czy autor podołał wyzwaniu? Każdy musi sam sobie na to pytanie odpowiedzieć.  Ja, mając już lekturę za sobą, nie wyrobiłam sobie na ten temat jednoznacznej opinii, bo „Hel-3” jest jedną z tych książek, które sprawiają wielką frajdę podczas czytania, ale im bardziej się nad przeczytanym tekstem zastanawiać, tym więcej wątpliwości się pojawia.
Od razu rozwieję złudzenia: jeśli oczekujecie powtórki z rozrywki, jeśli chcecie czytać o przygodach literackiego klona waszego ulubionego Vuko Drakkainena i nieco mniej lubianego księciunia, to zapomnijcie. „Hel 3” to zupełnie inna bajka.
Rok 2058. Niedaleka przyszłość, której część z nas może spokojnie dożyć.  Przynajmniej ta nieco młodsza część. Świat podejrzanie podobny do naszego, jednakże pozbawiony niemal całkiem jego zalet, za to z mocno wyolbrzymionymi wadami.  Świat niczym w krzywym zwierciadle odbijający naszą rzeczywistość, ze wszystkimi jej niedogodnościami i nielogicznościami doprowadzonymi do absurdu.  Świat opisany z niebywałym rozmachem, konsekwentnie i logicznie. Świat przerysowany, ale jednak wiarygodny.  Kto wie, czy historia nie potoczy się właśnie w ten sposób? Świat, w którym żyje samotny bohater, pętający się gdzieś po obrzeżach Systemu. Niby jawnie mu się nie przeciwstawia,  ale jednak zręcznie omija co bardziej uprzykrzone zakazy i ograniczenia.
No, może nie taki samotny, bo jednak otaczają go dziwacy najrozmaitszej maści: oportuniści, buntownicy i desperaci. Aż któregoś dnia trafia na wizjonera. Wbrew sobie wpada w wir osobliwych wydarzeń. Czas na przygodę życia. Przygoda, jak to przygoda, z bliska wcale nie jest taka atrakcyjna, jak by się to mogło postronnym widzom wydawać.  Dla naszego bohatera zaczyna się pasmo wyrzeczeń, poświęceń i udręk. Gdzieś tam czyhają niebezpieczeństwa – te przewidywalne i te atakujące z zaskoczenia.  A wszystko to smakowicie opisane wprawnym piórem Grzędowicza. Nic więc dziwnego, że opowieść wciąga od samego początku.  Od pierwszego słowa.
Słowo. To najmocniejsza broń Grzędowicza. Jak mało który pisarz zasługuje on na miano Czarodzieja Słowa. Autor potrafi każdą, banalną w sumie rzecz, przedstawić tak, że nie  sposób się od opowieści oderwać. Który pisarz mógłby bezkarnie przez kilka stron opisywać sfrustrowanego faceta czekającego w hali odlotów na samolot? Odpowiadam – Grzędowicz. I robi to tak, że czytelnik z zapałem pochłania kolejne strony.
Pisałam o konsekwencji i logice w opisie świata. Szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o linii fabularnej. Zaczyna się wedle starej zasady „najpierw wybuch wulkanu”.  Potem napięcie to rośnie, to opada. W wielu miejscach akcja ustępuje kreacji świata, a ta z kolei podporządkowana jest nadrzędnemu celowi – prezentacji przeróżnych obaw i lęków pisarza. W samej prezentacji (i  propagowaniu) swojego światopoglądu przez autora nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, taki zabieg dodaje książce wartości, sprawia, że powieść nie jest jedynie czystą przygodą , ale jest „o czymś” i pobudza do myślenia. Jednakże odniosłam wrażenie, że w „Helu 3” demonstrowanie poglądów nabiera znamion obsesji.  Rozumiem niechęć Grzędowicza do postępującej unifikacji wszystkiego, rozumiem niechęć do idiotycznych i mnożących się niczym króliki zakazów, ale dlaczego, na Boga!, symbolem wolnej myśli nie są nieprawomyślne lektury, wywrotowe idee, czy chociażby hasła wypisywane na murach, a jedynie paróweczka cielęca (w naturalnej osłonce)?
Ale dajmy pokój paróweczce. Gorzej, że im bliżej końca, tym bardziej autor przestaje panować nad swoimi lękami. Emanacja strachów wszelakich bierze górę nad akcją i, co gorsza, idea bierze górę nad logiką. W fabule, dotąd spójnej, zaczynają pojawiać się głupstwa. Dziury w logice, początkowo niewielkie, rozrastają się do niepokojących rozmiarów. Całość trzeszczy w szwach. Konsekwencja ginie jako sen jaki złoty, pozostawiając po sobie niejedno „dlaczego?”.  Aż w końcu nastaje grande finale, walące czytelnika morałem niczym obuchem po głowie na wypadek, gdyby jednak nie zorientował się, przed czym autor usiłuje nas ostrzec. Osobiście wolałabym większą subtelność i trochę więcej wiary w moje możliwości poznawcze. Nie wszystko trzeba mi wykładać niczym chłop krowie na miedzy. Nie tak działa literatura.
Jednak wszystkie te myśli  pojawiają się dopiero później. Gdy już przeczytamy słowo „KONIEC” i zamkniemy książkę. Gdy już za sobą mamy kilka godzin przedniej rozrywki. Bo, jak pisałam na początku lecz jeszcze raz powtórzę,  „Hel-3” jest jedną z tych książek, które czyta się świetnie, choć z trudem się bronią, gdy oceniamy je kierując się nie emocjami, lecz rozumem.
Przyjemnej zabawy i nie myślcie za dużo!

niedziela, 11 lutego 2018

KARTAGINA

JAK ZASZKODZIĆ DOBREJ KSIĄŻCE


Tytuł: „Kartagina”
Autor: Joyce Carol Oates
Tłumacz: Katarzyna Karłowska
Wydawca: Rebis 2017
Stron: 452

Na wstępie powiem wprost: „Kartagina” pióra Joyce Carol Oates to powieść dobra, a wręcz wyśmienita. Skąd ta bezpośredniość? Ano stąd, że zamierzam sobie nieco ponarzekać na początku. Nie będzie to jednakże narzekanie na książkę, bo o niej za chwilę. Najpierw zajmę się moją idée fixe. Uparcie powtarzałam, powtarzam i powtarzać będę – znaczna część blurbów zamiast służyć książce, szkodzi jej. Nie twierdzę, że notki na ostatniej stronie kłamią. Co to, to nie. Ale mocno naciągają rzeczywistość, obiecując zupełnie co innego, niż jest w środku. Efekt? Znaczna część czytelników czuje się rozczarowana nie dlatego, że dostali złą powieść, a jedynie dlatego, że otrzymali nie to, na co mieli ochotę. Z drugiej strony ci, którym książka mogłaby przypaść do gustu, wcale po nią nie sięgną, bo opis nie wzbudzi w nich entuzjazmu. Pozycja trafia nie do tych czytelników, do których powinna, i w świat idzie plotka, że rzecz jest kiepska. Plotka tyleż fałszywa, co niesprawiedliwa.
Oto, co możemy przeczytać na ostatniej stronie okładki „Kartaginy”:
[…] ginie bez śladu Cressida Mayfield, wyobcowana nastolatka, odstająca od swojej powszechnie szanowanej rodziny. Policja i ojciec Cressidy podejrzewają, że za jej zniknięciem stoi bohater wojny w Iraku, Brett Kincaid, były narzeczony starszej z sióstr Mayfield, pięknej i „grzecznej” Juliet, w którego towarzystwie widziano dziewczynę po raz ostatni. Brett twierdzi jednak, że niczego nie pamięta, ale to dopiero początek łańcucha zdarzeń tej mistrzowskiej opowieści z suspensem, porywającej i jednocześnie przemawiającej do wyobraźni współczesnego czytelnika.
Czego byście się spodziewali po takim opisie? Kryminału? Sensacji? Thrillera? Nic z tych rzeczy! „Kartagina” to ciężka proza psychologiczna. Intrygująca, niepokojąca, wciągająca, ale nie ze względu na fabułę – ciekawą, ale nieprzesadnie rozbudowaną – a ze względu na dogłębną, drobiazgową analizę psychologiczną.
Zwykła amerykańska rodzina, w zwykłym amerykańskim miasteczku. Dwie siostry: ta ładna i ta inteligentna. Ta „grzeczna” i ta psychotyczna.  Rodzice. Narzeczony. Nagle pewnego dnia wszyscy stają w obliczu tragedii, dramatu, który zmienia wszystko. Nic już nie będzie takie samo.
O ile fabuła jest dość przewidywalna, o tyle zaskakujący jest kierunek, w którym podążają rozważania autorki. Oates stawia swoich bohaterów w nietypowych, ekstremalnych sytuacjach. Zmusza ich do balansowania na krawędzi wytrzymałości emocjonalnej. Nie chodzi tu jednak o zaskakiwanie czytelnika ostrą akcją, a jedynie o stworzenie wyrazistej sytuacji. W skrajnych okolicznościach ludzie zazwyczaj radykalizują swe postawy. Posuwają się do rzeczy, których sami po sobie nigdy by się nie spodziewali. Autorka bierze pod lupę wykreowane w ten sposób skrajne zachowania. Wykonuje przy tym karkołomne wolty. Gdy już wydaje nam się, że wiemy, o czym jest książka, rozważania niespodziewanie podążają w zupełnie inną stronę, by za chwilę znowu zmienić kierunek. Wątki to rozbiegają się, to łączą.  Historia o postawach ludzkich w obliczu tragedii nieoczekiwanie przechodzi w opowieść o poczuciu winy, o próbie zrozumienia samego siebie, by w końcu stać się przypowieścią o przebaczeniu.
Analiza psychologiczna to niejedyna rzecz, która interesuje Joyce Carol Oates. Jej „Kartagina” to powieść silnie zaangażowana. Tyleż samo miejsca, co bohaterom, autorka poświęca zjawiskom społecznym: konsekwencjom zaangażowania Stanów Zjednoczonych w kolejne akcje militarne, niewydolności systemu penitencjarnego, nieprawidłowościom w opiece społecznej. Nie boi się też mówić o rzeczach trudnych, takich jak kara śmierci czy stosunki panujące w armii. Nie ze wszystkimi poglądami pisarki się zgadzam, nie mogę też powiedzieć, że pod wpływem lektury moje przekonania uległy radykalnej zmianie, ale książka niewątpliwie skłoniła mnie do przemyśleń i refleksji. A to już dużo.
Tym, co zwróciło moją uwagę, jest niewątpliwie język powieści, świetnie oddający stan emocjonalny bohaterów. Nerwowe, sprawiające wrażenie „postrzępionych” frazy, krótkie, często jednozdaniowe akapity, liczne (celowe!) powtórzenia wspaniale podkreślają napiętą atmosferę i powracające co i rusz koszmary.
Tyle widać na pierwszym planie. Warto także wspomnieć o tym, co ukryte w tle – o licznych zabawach erudycyjnych. W tekście „Kartaginy” ukryto mnóstwo odwołań do kanonu kulturowego – od kultury antycznej po klasykę literatury (nie tylko anglojęzycznej ). Bardzo smakowite.
Rozważania o książce Carol Oates rozpoczęłam od dygresji i dygresją zakończę. Co i rusz w Internecie pojawiają się mniej lub bardziej poważne dyskusje o obiektywizmie recenzji. „Kartagina” jest książką, której mój subiektywny odbiór i obiektywna ocena (na ile ktokolwiek jest w stanie być w pełni obiektywnym) różnią się niczym dzień i noc. Główna postać wkurzała mnie niepomiernie. Wiem, że wyłazi ze mnie zrzędliwa baba, ale nie jestem w stanie zdobyć się na współczucie dla jednostek niestabilnych emocjonalnie. Co i rusz miałam ochotę krzyknąć „Kobieto, weź się w garść, nie wiesz, co to są prawdziwe problemy!”.  Znielubiłam bohaterkę do tego stopnia, że gdyby nie obowiązek napisania recenzji, pewnie bym nie doczytała do końca. Subiektywnie więc mogłabym powieść określić jako irytującą i niesprawiającą przyjemności podczas czytania. Obiektywnie natomiast muszę napisać coś zupełnie przeciwnego – Oates stworzyła postaci intrygujące, przemawiające do wyobraźni, budzące głębokie emocje. Toż to mistrzostwo pióra!

sobota, 3 lutego 2018

CZERWIEŃ. CIĘŻKIE PRÓBY

SYNDROM ŚRODKOWEGO TOMU


Tytuł: „Czerwień. Ciężkie próby”
Autor: Linda Nagata 
Tłumacz: Mirosław P. Jabłoński 
Wydawca: Rebis 2017 
Stron: 464 

Bardzo trudno jest napisać coś ciekawego o drugiej części trylogii. (O pierwszej pisałam tutaj). Najważniejsze sprawy: kreacja świata, budowanie postaci, dynamika linii fabularnej, subtelności stylu – wszystko to zostało omówione podczas rozważań o pierwszym tomie. Z drugiej strony, na jakiekolwiek podsumowania jest zdecydowanie za wcześnie.  A że „Ciężkie próby” autorstwa Lindy Nagaty to właśnie środkowa część trylogii, nie mam za dużo do powiedzenia. Tym razem będzie więc krótko.
O ile część pierwsza, „Misja Brzask”, wzbudziła mój czytelniczy entuzjazm, o tyle część druga lekko rozczarowała. Z jednej strony – po niezwykle udanym początku miałam bardzo wysokie oczekiwania względem kontynuacji, a z drugiej – „Ciężkie próby” cierpią na wszystkie klasyczne przypadłości drugiego tomu. Znamy już świat, bohaterów, wiemy, czego się po nich spodziewać. Znamy zagadkę, wiemy, w czym rzecz, a do rozwikłania tajemnic jeszcze daleka droga. Trudno więc o zaskoczenie.  Czytając, czułam się jak na stacji pośredniej podczas wyprawy pociągiem; podekscytowanie nową przygodą minęło, podróż niepostrzeżenie przeszła w rutynę, a na kolejne emocje należy liczyć dopiero wtedy, gdy zaczniemy się zbliżać do stacji końcowej.
Dość jednak tych metafor, pora na garść konkretów. Wydarzenia opisane w „Ciężkich próbach” zaczynają się dokładnie w tym miejscu, w którym skończyła się historia z tomu pierwszego. Nie, nie powiem o co chodzi. Ci, którzy czytali, wiedzą, a tym, którzy jeszcze nie czytali, nie będę psuć przyjemności. Początkowo akcja, skoncentrowana wokół knowań politycznych, spowalnia. I tu następuje pierwszy zgrzyt. Nagata ma dość irytującą manierę stosowania wyłącznie czasu teraźniejszego. O ile podczas opisów działań bojowych taki styl się sprawdza, o tyle przy znacznie mniej dynamicznej akcji – po prostu irytuje. Przynajmniej mnie. Na szczęście po kilkudziesięciu stronach wszystko wraca do normy, bohater znowu wpada w wir przygód, a tym samym język staje się znacznie bardziej adekwatny.
Czego jak czego, ale przygód los (i autorka) naszemu bohaterowi nie szczędzi. Mamy mnóstwo biegania, pościgów, wybuchów – cały arsenał chwytów stosowanych w powieści sensacyjnej. Są akcje militarne na lądzie, morzu i w powietrzu, a nawet w kosmosie. Nie sposób więc się nudzić. Aczkolwiek… Dość szybko odniosłam wrażenie delikatnej powtórki z rozrywki. Jakbym raz za razem oglądała ten sam spektakl osadzany przez reżysera w różnych realiach. Raz wypróbowany scenariusz dobrze się sprawdził, dlaczego by więc nie wykorzystać go ponownie? A potem jeszcze raz? Życie bohatera wisi na włosku, wydarzenia prą wartko do przodu, ale moja wredna podświadomość podszeptuje zjadliwie: skąd, na Boga, taka obfitość niegodziwych szaleńców dążących do nuklearnej zagłady Ziemi?! Epidemia jakaś czy co?
Nie zrozumcie mnie źle. „Ciężkie próby”, choć znacznie słabsze od części pierwszej, nie są książką złą czy nieudaną. Autorka musiała doprowadzić akcję do pewnego punktu. Być może nie potrzeba było do tego całego tomu. Być może z tej czy innej przygody można było zrezygnować bez szkody dla całości, a może wręcz przeciwnie – coś, co teraz wydaje mi się zbędne, za jakiś czas odegra kluczową rolę w fabule. Tego nie wiem, i nie dowiem się, dopóki nie przeczytam cyklu do końca, co niechybnie uczynię, bo choć „Ciężkie próby” nie porwały mnie tak, jak czas jakiś temu „Misja Brzask”, to mimo wszystko z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Wszak tom trzeci, zamykający, z definicji nie może cierpieć na syndrom środkowej części.