niedziela, 23 kwietnia 2017

PRÓBA OGNIA

O KATEGORIACH (nie tylko wagowych)

Tytuł: Próba ognia
Autor:  Josephine Angelini
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Wydawca: Jaguar
Stron: 527



Każdy, kto choć trochę interesuje się sportem,  z pewnością zauważył, że  regulamin niektórych dyscyplin próbuje wyrównywać szanse zawodników. Stąd w podnoszeniu ciężarów czy w boksie podział na liczne kategorie wagowe (pozwolę sobie na dygresję – uwielbiam słowo „lekkopółśrednia”). Z drugiej strony są dyscypliny takie jakie jak biegi czy skok wzwyż, gdzie wszyscy startują razem bez względu na warunki fizyczne.  Mamy nawet drugą skrajność – jeździectwo, gdzie kobiety startują na równi z mężczyznami.
Podobnie jest z recenzjami książek. Niektórzy próbują stosować kryteria uniwersalne, inni oceniają pozycję w obrębie szerszych lub węższych kategorii. Przyznam się, że bliżej mi do drugiego podejścia. Bo jak tu porównać na przykład „Zbrodnie i karę” z takim „Harrym Potterem”? 
Po co ten nieco przydługi wstęp? Ano po to, bym mogła jasno i wyraźnie powiedzieć „Próba ognia” dość blado wypada w klasyfikacji ogólnej, ale w swojej kategorii – romanse fantastyczne dla młodszych nastolatek – prezentuje się wcale nieźle.  Co więcej, to co przy zastosowaniu kryteriów obiektywnych jest wadą, w obrębie tej specyficznej kategorii może być zaletą. Dziwne? Dziwne! Pozwólcie więc wytłumaczyć mi się z tej jakże pokrętnej logiki.
Zacznijmy od pomysłu, wokół którego osnuto fabułę. Oto mamy słabowite dziewczę, które po przeniesieniu do równoległego świata okazuje się władać super mocą. Ależ to już było! Ile razy? Trudno zliczyć. Gdy jednak zadumać się nad tym przez chwilę, rodzi się refleksja. Jeśli ten pomysł wykorzystywano z sukcesem tyle razy, to może zwyczajnie czytelnicy go lubią? Może po prostu jest atrakcyjny? W końcu liczba możliwych scenariuszy bajki jest skończona i policzalna, nieprawdaż? Dla kogoś kto ma za sobą setki przeczytanych książek, założenia „Próby ognia” z pewnością trącą wtórnością. Dla kogoś rozpoczynającego swą przygodę z fantasy będą ciekawe.
Relacje między bohaterami są tak proste,  że już prościej być nie może. Ona jedna, ich dwóch – jeden dobry, drugi zły i pytanie, którego wybierze oraz czy dokona słusznego wyboru.  Ach, i jeszcze ten motyw „ja go kocham, a on widzi we mnie tylko kumpla, a gdy już mnie dostrzeże, to tylko po to, by zdradzić”.  To wszystko już było. Tyle tylko, że o tym wiedzą starzy wyjadacze. Gdy czytelnik ma naście lat, wszystko jest dla niego nowe i interesujące.  A dylemat, który u starszej pani budzi jedynie uśmieszek politowania, jest taki prawdziwy i ważki. Czymże żyją młodzi ludzie jeśli nie starymi jak świat rozterkami sercowymi?  Aż mi się łza w oku kręci, gdy pomyślę, że sama kiedyś byłam takim czytelnikiem – niezblazowanym i dziwiącym się światu.
Po nieskomplikowanym świecie chodzą sobie nieskomplikowane postaci. Główna bohaterka, Lili, jest dość irytującym nagromadzeniem cnót wszelakich: wegetarianka (woli się zagłodzić nić jeść mięso), ekolożka (precz z atomem!), współczująca, wrażliwa. Mam cichą nadzieję, że w kolejnych tomach u panny wystąpi jakaś, bodajże mikroskopijna, wada. Na drugim planie przewija się cała galeria łatwych do sklasyfikowania postaci: Osoba Która Jest Zła Bo Została Skrzywdzona w Dzieciństwie, Rozgoryczony Nieszczęśliwym Zawodem Miłosnym, Szlachetny Gej, Oddany Sprawie Naukowiec, Knujący Za Plecami. Długo by wymieniać. I znowu, zanim zaczniemy narzekać, pomyślmy o potencjalnym czytelniku. Młodym. Młodzi tak mają, że widzą świat czarno-biały. Potrzebują jednoznacznych postaci, wyrazistego podziału, wyraźnych definicji. Na dostrzeganie odcieni szarości przyjdzie jeszcze czas.
Również fabuła „Próby ognia” nie jest specjalnie wysublimowana. Prosta, linearna, przedstawiona w taki sposób, że nawet najbardziej nieuważny czytelnik nie ma szans się pogubić. I znowu, z jednej strony można zarzucić książce brak subtelności czy wyrafinowania, z drugiej jednak, gdy przypomnimy  sobie o grupie docelowej, taki zabieg wydaje się całkiem logiczny. Powieść ma wciągnąć, zaciekawiać, nauczyć że czytanie bywa przyjemne, a nie odstraszać skomplikowaną formą. Czas na wyrafinowane utwory literackie przyjdzie później. Znacznie później.
Jedyne czego nie da się wybronić  to pojawiający się miejscami brak wewnętrznej logiki opowieści.  Z jednej strony autorka co i rusz powtarza, że magia to coś niesamowicie trudnego, coś, czego trzeba się latami uczyć, a z drugiej strony pozwala swej bohaterce opanować tę trudną sztukę w ciągu dosłownie kilku chwil.  Takich nielogiczności jest w tekście więcej. Bardzo młody czytelnik pewnie przymknie na nie oko, być może nawet nie zauważy pochłonięty fabułą, ale trochę to nieładnie ze strony autorki.  Takie niedopracowanie szczegółów świadczy o pewnym braku szacunki dla czytelnika. A może o braku wiary w jego inteligencję?
Wiecie już o jakim typie książki mówimy? O powieści poskładanej dość sprawnie z wielu kalek. O patchworku, który choć nie wnosi nic nowego, choć pozszywany ze starych kawałków, składa się w całkiem przytulną całość.
Warto więc, czy nie warto sięgać po „Próbę ognia”? Jeśli jesteś nastolatką (albo nastolatkiem o subtelnej duszy z wyraźnym pierwiastkiem kobiecości)  poszukującą lekkiej, rozrywkowej lektury,  jeśli chcesz odpocząć czytając coś nieskomplikowanego i bezpretensjonalnego, wtedy tak – warto.  Nie masz przy tym co liczyć na jakieś szczególnie wyszukane przeżycia intelektualne, ale zapewnisz sobie kilka godzin odpoczynku.  Jeśli natomiast nie zaliczasz się do tej kategorii, to „Próba ognia” raczej nie jest dla ciebie.

czwartek, 13 kwietnia 2017

DZIKI ŁABĘDŹ I INNE BAŚNIE

BAŚŃ NASZA POWSZEDNIA

Tytuł: Dziki łabędź i inne baśnie
Autor: Michael Cunningham
Tłumacz: Jerzy Kozłowski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 158


Bajki, baśnie, legendy… Towarzyszą nam niemal przez całe życie. Historie opowiadane przez mamę do snu, snute nieśpiesznie przez babcię przy kominku, czytane w długie, zimowe wieczory przez dziadka. Jakoś tak jest, że inne, znacznie dostojniejsze opowieści zacierają się z czasem w naszej pamięci, a bajka trwa.
Wydawać by się mogło, że wszyscy znamy te same historie: o Babie Jadze, o dzikich łabędziach, o dzielnym, ołowianym żołnierzyku. A jednak ilu ludzi, tyle interpretacji. Czegóż to  się w baśniach nie dopatrywano! Jakich tylko treści w nich nie wyłowiono! Natknęłam się na interpretacje ideologiczne, genderowe, freudowskie. W baśniach widziano odgłosy walki klasowej (sic!): wywodzący się z ludu Iwanuszka/Jaś kontra symbol władzy i ucisku  (car/król), propagowanie społecznej dominacji mężczyzn – Kopciuszek jako przedmiot wymiany matrymonialnej, podtekst seksualny – książę całujący Śnieżkę w trumnie jako  przejaw dewiacji seksualnej. I tak dalej, i tak dalej. Długo by wymieniać. Niejedną dysertację na ten temat napisano.
Każdy też inaczej opowiada swoją baśń.  Podkreślając jedne szczegóły i pomijając inne nadaje opowieści nowe znaczenie. Od jakiegoś czasu popularne jest odzieranie baśni z magii.  Warianty z cyklu „historia prawdziwa” nie dziwią już nikogo, a wręcz spowszedniały czytelnikom i widzom. Były już parodie, były wersje „dla dorosłych”. Czy można jeszcze coś w tej dziedzinie wymyślić, czymś zaskoczyć?
Okazuje się, że można. Michael Cunningham, w niedużej, ale niewątpliwie godnej uwagi książce „Dziki łabędź i inne baśnie” stosuje podwójną woltę. Najpierw pozbawia opowieści całej bajkowej otoczki, a potem nakłada na nie grubą warstwę poezji. Poezji pisanej prozą. Efekt jest więcej niż dobry.
Dziesięć baśni opowiedzianych na nowo, dowcipnie i z ironią, ale bez złośliwości. Wręcz przeciwnie, pełnych zrozumienia dla ludzkich słabości i sympatii dla inności.
Każda z historii ma własny, niepowtarzalny styl. Jedne wywołują na twarzy uśmiech, inne sprawiają że w oku niespodziewanie zakręci się łza. Jedne są zabawne, inne melancholijne, jeszcze inne przerażające. Wszystkie natomiast wciągają, pobudzają do myślenia i zaskakują.
„Dziki łabędź i inne baśnie” to książka magiczna. Książka, której nie da się czytać szybko. Oczywiście, technicznie rzecz ujmując, te sto pięćdziesiąt stron (sporą czcionką i z ilustracjami) można by bez większego trudu „machnąć” w jeden wieczór, ale byłoby to niewybaczalne marnotrawstwo. Coś jak wypicie jednym haustem znamienitego koniaku. „Dzikiego łabędzia” trzeba smakować. Rozkoszować się każdym zdaniem, każdym słowem. Gdy opowiadanie dobiegnie końca zamiast przejść szybciutko do następnego tekstu (choć kusi!) warto na chwilę odłożyć książkę, zamknąć oczy i pomyśleć. Pozwolić działać wyobraźni, pobawić się skojarzeniami, poszperać we wspomnieniach i ze zdumieniem odkryć, że przecież znasz bohaterów tej historii - to przydarzyło się komuś z twoich znajomych lub bliskich! A może nawet tobie samemu?
„Dziki łabędź i inne baśnie” to nie jest książka na plażę, to nie jest książka do poczytania w autobusie czy w poczekalni do lekarza. To książka do czytania po zmroku, w ciszy, gdy możemy zostać sam na sam z własnymi myślami, gdy nic nam nie przeszkadza, nic nie dekoncentruje, bo opowieści Cunnighama zasługują na to, by poświęcić im pełną uwagę.
I jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko ebookom. Mam czytnik, lubię go i właściwie nigdy się z nim nie rozstaję, ale cieszę się, że „Dziki łabędź” trafił do mnie w wersji tradycyjnej. Książka jest bardzo starannie wydana, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o genialne ilustracje Yuko Sizmizu – przyciągające uwagę, intrygujące, niejednoznaczne. Czarno-białe grafiki w zadziwiający sposób łączące wpływy Wschodu z estetyką Zachodu.  Ilustracje, będące wspaniałym uzupełnieniem świetnego tekstu, a jednocześnie stanowiące wartość same w sobie.

środa, 5 kwietnia 2017

FAK MAJ LAJF

TO NIE JEST TEKST DLA STARYCH LUDZI


Tytuł: Fak maj lajf
Autor: Marcin Kącki
Wydawnictwo: Znak Literanova 2017    
Stron: 320
ISBN: 978-83-240-3802-2

„Fak maj lajf” pióra Marcina Kąckiego to taki dziwny debiut, który w zasadzie nie jest debiutem. Autor ma za sobą wiele lat pracy jako dziennikarz, napisał też kilka książek z gatunku literatury faktu. Teraz postanowił zmierzyć się z materią powieści. Jaki wyszło? No cóż, mówiąc najoględniej kontrowersyjnie. Patrząc na książkę obiektywnie, jestem przekonana, że znajdzie ona wielu zwolenników. Subiektywnie natomiast… Powiem bez owijania w bawełnę, rzecz zupełnie nie przypadła mi do gustu. Trudno powiedzieć, czy to że książka jest jaka jest, to wynik przemyślanej kreacji artystycznej, czy raczej efekt uboczny nawyków reporterskich. To, co sprawdza się w prasie, nie zawsze musi wyjść na dobre literaturze pięknej.

Po pierwsze, język. Bardzo prosty, wręcz lapidarny. W sam raz do porannego wydania gazety. Wiadomo, czytelnik właśnie pije pierwszą kawę, jeszcze się do końca nie obudził, nie ma go co katować zdaniami podrzędnie złożonymi ani wyrafinowanymi metaforami. Lektura nie służy do delektowania się subtelnością stylu, a ma na celu jedynie przyswojenie podstawowych faktów. Tekst ma „wchodzić” lekko i szybko, bo na przeczytanie artykułu jest tylko tyle czasu, ile zajmuje zjedzenie kanapki albo przejechanie trzech przystanków w zatłoczonym autobusie. Od powieści oczekuję jednakże czegoś więcej. W końcu określenie „literatura piękna” zobowiązuje!

Po drugie, wulgaryzmy. Od czasu „Psów” Pasikowskiego wulgaryzmy na dobre zadomowiły się w kulturze popularnej. Nie bądźmy hipokrytami. Kto z nas od czasu do czasu nie zaklnie sobie od serca? Wulgaryzm, nawet bardzo mocny, ma obecnie pełne prawo znaleźć się w tekście. Co więcej, może być nawet pożądany, na przykład podczas budowania postaci. Z wulgaryzmami jest jednak tak jak z przyprawami. Dodane w rozsądnych ilościach nadają potrawie smaku, ale stosowane bez opamiętania sprawiają, że danie staje się niejadalne. Kącki wyraźnie „przesolił” swą powieść (że pociągnę to kulinarne porównanie). W książce trudno znaleźć stronę, a  w niektórych fragmentach chociażby akapit, bez mało literackich słów. To, co miało w zamyśle budować atmosferę, na dłużą metę męczy i nudzi.
A przecież można inaczej. Gdy czytamy Gogola, zachwycamy się ironią autora. Pamiętacie „Martwe dusze”?  „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.”*).  
Można pisać o łajdactwach bez przekleństw? Można!

Po trzecie, subtelność. A właściwie jej brak. Nawiązania do rzeczywistości są delikatne niczym onuce w carskiej armii. Doprawdyż, autor nie jest zbyt wysokiego mniemania o inteligencji ludzi, dla których pisze. Bardzo się boi, że czytelnik nie zrozumie aluzji. Przydałby się trochę wiary w możliwości intelektualne bliźnich. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś, kto sięga po powieść nie jest skończonym głupkiem. Ba!, to osoba, która nie tylko umie, ale i lubi wyszukiwać niuanse i czytać między wierszami. To nie widz sitkomu, któremu trzeba puszczać śmiech zza kadru, bo inaczej nie pojmie, że właśnie opowiedziano dowcip. A jeśli nie zrozumie? Hmmmm… czy aby an pewno warto walczyć o takiego czytelnika? Może zamiast równać w dół warto zmuszać potencjalnych odbiorców do pewnego, chociażby minimalnego, wysiłku intelektualnego? Inaczej zamiast literatury dostajemy nieznośną papkę.

Po czwarte, akcja. W zamyśle miała być szokująca. (Przynajmniej tak się zgaduję). W praktyce wyszło tandetnie. Całość nasuwa mi na myśl artykuły portali internetowych, nastawione na dużą „klikalność”, pisane specjalnie tak by wywołać tanie oburzenie i falę komentarzy. Zabawne jest to, że Kącki w „Fak maj lajf” wyśmiewa to zjawisko, a jednocześnie sam stosuje taką samą zagrywkę. Ciekawe czy to świadome działanie, czy po latach pracy dziennikarskiej przyzwyczajenie stało się drugą naturą?

Po piąte, postacie. Przerysowane do  bólu. Jeden w drugiego szuja, krętacz i karierowicz. Takie rozwiązanie jest dla mnie pochodną wspomnianego przed chwilą nawyku walki o „klikalność”.  Rzecz nie w braku bohatera pozytywnego. Zniechęca przebijająca z kreacji sztuczność. Świat zaludniony przez szubrawców trzeba budować z talentem, a przede wszystkim wiarygodnie. Różne są na to sposoby. Posłużę się tutaj kilkoma wielkimi nazwiskami. Gdy oglądamy filmy Tarantino przemoc, okrucieństwo i łajdactwo mają w sobie jakąś dziwną, prześmiewczą  lekkość. Gdy patrzymy na  mroczne światy Smarzowskiego, czujemy, że wszystko jest tam spójne, każda niegodziwość z czegoś wynika i czemuś służy. Gdy czytamy Chandlera czujemy, że zło naturalnie wplecione jest w akcję.  Czytając Kąckiego mam wrażenie, że autor co i rusz pokrzykuje „A teraz, drogi odbiorco tekstu, będę cię szokował”. Tyle tylko, że powieść nie szokuje, a jedynie nudzi.
Ok. Kończę już marudzenie, bo może nie mam racji. Może tak się teraz pisze, a to po prostu nie jest tekst dla starych ludzi? Widocznie mi z Kąckim nie po drodze. Idę poczytać Gogola.

*) Mikołaj Gogol „Martwe dusze” str. 50  Wydawnictwo „Tower Press” Gdańsk 2001 brak danych tłumacza

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

ATLANTYDZKI GEN (I ZARAZA)

 CHCECIE BAJKI? OTO BAJKA!


Tytuł:„Gen atlantydzki”
Autor: A.G. Riddle
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Wydawca: Jaguar 2015
Stron: 560
Tytuł: „Atlantydzka zaraza”
Autor: A.G. Riddle
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Wydawca: Jaguar 2016
Stron: 510


















Moje pierwsze spotkanie z „Genem atlantydzkim” A.G. Riddle’a  nieomal zakończyło się depresją. Poczułam się stara, zmęczona życiem i w ogóle nie z tej epoki.  A wszystko to za sprawa kompozycji jakby rodem zaczerpniętej z psychodelicznego teledysku. Tekst wygląda jak zbiór fragmentów wyjętych z niszczarki i posklejanych w całość w dość arbitralnym porządku. Autor bez ładu i składu rzuca nas z miejsca na miejsce, z wątku do wątku, od postaci do postaci. Doprawdy trudno się w tym chaosie połapać. Być może taka właśnie estetyka przemawia do młodego pokolenia wychowanego na reklamach, klipach i SMS-ach, ale dla mojego uwarunkowanego klasyką umysłu to za duże wyzwanie.
Na szczęście z czasem z chaosu wyłania się myśl przewodnia, a poszarpane wątki zaczynają łączyć się w spójną całość.
Gdy już zorientowałam się, kto jest kim, zrobiło się nawet ciekawie.  Akcja zaczęła toczyć się wartko.
A. G. Riddle to niewątpliwie pisarz obdarzony ogromną wyobraźnią. Na co jak na co, ale na brak pomysłów nie może narzekać. Czego tu nie ma! Jest i sensacja, i thriller, i przygoda, i science ficion i teorie spiskowe. Jest nawet nieśmiało zarysowany wątek romansowy. I jest też, oczywiście, obiecana w tytule Atlantyda. Gdybyż jeszcze autor umiał jakoś zapanować nad całym tym inwentarzem! Gdyby ktoś uświadomił mu, że czasem mniej znaczy więcej (nie  tylko w damskiej modzie).  Bo w całym tym bigosie brakuje chyba tylko wikingów.
Bigos – jak to bigos. Początkowo wchodzi dobrze, ale w nadmiarze powoduje przeróżne sensacje trawienne. Podobnie książka Riddle’a zaczyna nużyć.  Wraz z biegiem akcji autorowi coraz trudniej posklejać fragmenty w sensowną całość. Klei więc na ślinę, po macoszemu traktując logikę i zdrowy rozsądek. To częsta przypadłość początkujących autorów: boją się, że tekst jest zbyt prosty i z wielkim samozaparciem zaczynają go coraz bardziej udziwniać i komplikować, dorzucając do barszczu kolejne grzybki. (Oj, coś mam dzisiaj fazę na kulinarne porównania!)
Na zakończenie pierwszego tomu autor serwuje czytelnikom „twist”  w stylu serialu dla kucharek, gdzie główna bohaterka okazuje się zagubionym nieślubnym dzieckiem trzeciego męża swojej siostry i czwartej córki ciotecznej babki po kądzieli. Albo jakoś tak.
„Gen atlantydzki” rozpoczyna trylogię Zagadka pochodzenia. Drugi tom, „Atlantydzka zaraza”, niewiele  różni się od pierwszego. Właściwie ma wszystkie jego plusy i minusy. Z tą może tylko różnicą, że całość jest jeszcze mniej prawdopodobna i coraz bardziej zbacza w stronę fantastyki katastroficznej. Na świecie szerzy się pandemia tytułowej atlantydzkiej zarazy, a ludzkości grozi zagłada. Łapiecie klimat?
Jeśli jest tak źle, jak napisałam, to jakim cudem trylogia Zagadka pochodzenia odniosła ogromny sukces wydawniczy? Wszak, jeśli wierzyć notce na ostatniej stronie okładki (a nie mam powodów, by jej nie wierzyć), książkę przetłumaczono na dwadzieścia języków.
Myślę, że odpowiedź tkwi w zderzeniu moich subiektywnych oczekiwań z rzeczywistością. Sięgając po thriller, spodziewam się wiarygodnej historii. Oczywiście autor może, a wręcz musi, uatrakcyjniać opowieść, wprowadzając do niej elementy zaskakujące. Musi przy tym jednak dbać o spójność opowieści, a już pod żadnym pozorem nie może brać rozwodu z logiką. Tymczasem mocno naciągana opowieść Riddle’a wymaga od czytelnika bardzo dużej dozy dobrej woli (nie mam) albo umiejętności całkowitego zawieszenia niewiary i wyrzeczenia się sceptycyzmu (nie potrafię). Jeśli ktoś szuka niewymagającej wysiłku intelektualnego bajki, jeśli potrzebuje zwyczajnie oczyścić umysł bezrefleksyjną lekturą,  seria Zagadka pochodzenia z pewnością spełni jego oczekiwania. Widocznie w naszych zabieganych czasach sporo osób potrzebuje takiej formy relaksu, i stąd popularność cyklu. Nie widzę w tym nic zdrożnego, jednak osobiście gustuję w innego rodzaju literaturze.
PS. Wśród wielu niewyjaśnionych tajemnic, które być może wyjaśni tom trzeci, jest zagadka imienia (imion?) autora. Nigdzie nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie, od czego pochodzi skrót A.G. Prawdę mówiąc, podczas lektury dwóch pierwszych tomów trylogii to pytanie zaciekawiło mnie najbardziej.

czwartek, 23 marca 2017

NEFRYTOWY RÓŻANIEC

SPOTKANIE Z FANDORINEM


Tytuł: Nefrytowy różaniec
Autor: Borys Akunin
Tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo: Świat Książki 2009   
Stron: 656
ISBN: 978-832-47-1463-6


Kolejna książka opowiadająca o przygodach Erasta Fandorina. Zbiór opowiadań i mikropowieści o tym, co robił i gdzie bywał Fandorin w przerwach między sprawami opisanymi w  poprzednich książkach cyklu. Dzięki temu uzupełnionych i wyjaśnionych zostaje wiele luk w życiorysie bohatera. I tak, dowiadujemy się, na przykład, skąd wziął się nefrytowym różaniec, z którym Fandorin nigdy się nie rozstaje, dlaczego na znanym portrecie nasz bohater przedstawiony jest w uniformie studenta Instytutu Transportu Kolejowego, jak nawiązał znajomość z Andżeliką Kraszeninnikową oraz dlaczego nadano mu dziwne imię Erast?
„Nefrytowy różaniec” jest swego rodzaju żartem literackim, a jednocześnie hołdem oddanym mistrzom gatunku. Każde z opowiadań nawiązuje – zarówno treścią jak i delikatną stylizacją - do twórczości jednego z wybitnych twórców literatury: Sanyutei Encho (Jigumo), Edgara Allana Poe (Table-talk 1882), Georga Simenona (Z życia wiórów), Roberata van Gulika (Nefrytowy różaniec), Artura Conan Doyle’a (Skarpeja Baskakowów), Patrycji Highsmith (Jedna dziesiąta procenta), Agaty Chistie (Herbatka w Bristolu), Washingtona Irvinga (Dolina marzeń), Umberto Eco (Przed końcem świata),  Maurice’a Leblanca (Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych).
Można się spodziewać, że taka rozmaitość  inspiracji musiała zaowocować wielobarwnością treści. I w rzeczy samej, opowiadania wchodzące w skład zbioru są bardzo zróżnicowane. Od zabawnej historii z Dzikiego Zachodu (Dolina marzeń) po mroczną, przygnębiającą opowieść z syberyjskiej głuszy (Przed końcem świata). Od kameralnej opowieści (Table-talk 1882) po egzotyczną historię z Jokohamy (Jigumo). Od kłopotów brytyjskiej arystokratki (Herbatka w Bristolu) po swojskie przesądy mieszkańców prowincjonalnej Baskakowki (Skarpeja Baskakowów). Od realistycznej historii z życia XIX wiecznej Moskwy (Z życia wiórów) po żart literacki (Jedna dziesiąta procenta). A na koniec żart piętrowy - pojedynek Erasta Fandorina z samym Sherlockiem Holmesem. W ironicznej opowieści detektywistycznej „Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych” Fandorin i Masa muszą stawić czoła samemu Arsenowi Lupin rywalizując jednocześnie ze znamienitym duetem Sherolck Holmes i dr Watson.
„Nefytowy różaniec” to bardzo udana książka. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Gdybym miała wskazać jeden tekst, który zrobił na mnie największe wrażenie, byłaby to bez wątpienia mikropowieść „Przed końcem świata”. Mroczna przygnębiająca lecz jednocześnie intrygująca i pobudzająca do myślenia historia. Na Syberii, wśród staroobrzędowców dochodzi do szeregu rytualnych samobójczych zgonów. Fabuła w której Fandorin musi wykryć inspiratora tragicznych wydarzeń i zapobiec ogromnej katastrofie jest jedynie pretekstem do rozważań o pysze ukrytej pod płaszczykiem pokory, fanatyzmie i płynących z nich zagrożeniach.
Znakomita, wciągająca lektura. Polecam!

środa, 15 marca 2017

IKONY

TROCHĘ TAK, TROCHĘ NIE


Tytuł: „Ikony”
Autor: Stefan Türschmid
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 400

Każdy ma swoje ukryte lęki – ja  boję się fanatyków. Fanatyków wszelkiej maści, nawet takich, z którymi ideologicznie mi po drodze. Fanatyzm przeraża, ale i fascynuje. Jak to się dzieje, że jakaś idea potrafi owładnąć człowiekiem, wyprzeć wszystkie inne motywacje? Co sprawia, że ktoś w imię większego dobra rzuca na szalę życie swoje i innych? Od fanatyzmu do terroryzmu tylko jeden krok. I o nich właśnie, o ludziach, którzy ten krok zrobili, opowiada najnowsza książka Stefana Türschmida „Ikony”,  poświęconą rosyjskim terrorystom działającym na przełomie XIX i XX w.
„Ikony” to zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą opowiadań, traktujących o  tak słynnych postaciach jak Wiera Zasulicz („Żegnaj, Wieroczka!”), Siergiej Diegajew („Mały wesoły Pell”), Borys Sawinkow („Trzecia Rosja”) oraz Maria Spiridonowa („Pięć kopiejek”). Ponadto w siedmiu miniaturkach połączony wspólnym tytułem „Siedem” poznajemy historię zamachów na cara Aleksandra II.
Książkę czyta się bardzo dobrze. Język Türschmida jest płynny, akcja toczy się wartko, wciąga, a autor uatrakcyjnia ją, dodatkowo wrzucając od czasu do  ciekawostkę lub anegdotkę mniej lub bardziej związaną z fabułą. Jestem przekonana, że lektura „Ikon” zainteresuje niejedną osobę i być może skłoni do dalszego, samodzielnego pogłębiania wiedzy.
Największą zaletą książki są wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów. Türschmid stara się zrozumieć pobudki, którymi kierowały się opisane przez niego postacie, pokazuje ich psychiczną i moralną ewolucję. Aby uprawdopodobnić tekst, zgrabnie żongluje narracją pierwszo- i trzecioosobową. „Ikony” są więc w pewnym sensie także powieścią psychologiczną. Wyraźnie widać, że ten aspekt opowiadanej historii najbardziej fascynował autora.
Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że głównym źródłem inspiracji były dla autora powieści – od „Biesów” po „Archipelag GUŁAG”. Książki to zacne, nie ma więc nic zdrożnego w takiej fascynacji. Gorzej, że trochę zabrakło czasu na poszukiwania w tekstach naukowych.  Pół biedy, że w żadnym z opowiadań autor nie wychodzi poza powszechnie znane fakty – w końcu „Ikony” to pozycja beletrystyczna, a nie naukowa. Gorzej, że czasami mija się z prawdą. Żeby nie być gołosłowna podaję pierwszy z brzegu przykład.
Punktem kulminacyjnym opowieści o Wierze Zasulicz jest zamach na Trepowa, proces i emigracja. Oto co pisze autor (str. 76):
Wiera wyjeżdża do Szwajcarii.  Bardzo długo nie może wrócić do Rosji, bo zostałaby natychmiast aresztowana. Wraca dopiero po latach, po ogłoszeniu przez cara amnestii”.
Tymczasem  zamach na Trepowa i proces miały miejsce w roku 1878. Po ogłoszeniu wyroku Zasulicz rzeczywiście za namową przyjaciół wyjechała do Szwajcarii, ale wróciła już 1879 r.! Trudno to nazwać powrotem po latach. Fakt, że nie zabawiła w kraju zbyt długo i w 1880 roku ponownie wybrała emigrację. Tym razem naprawdę długą, bo trwającą do roku 1898. Niby więc przekłamanie niewielkie, ale jednak zgrzyta. Takich drobiazgów jest w książce więcej.
A jeśli już o drobiazgach mowa, to i redakcja to i owo przepuściła. Odwołam się znowu do opowiadania „Żegnaj Wieroczka!”. Ostatni podrozdział nosi tytuł „Moskwa, piętnaście lat później, lipiec 1919 roku”.  Prosta matematyka wskazuje, że poprzedniej wydarzenia powinny  mieć miejsce w  roku 1904. Nijak się to nie zgadza z datą wyjazdu na emigrację. Ani pierwszą, ani drugą.  Nie pasuje też data powrotu z emigracji (1898). Właściwie nic nie pasuje.
A skoro już o redakcji mowa. Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Taki mój prywatny bzik, czyli niekonsekwencja w tłumaczeniu rosyjskich nazw. I tak na stronie 9. mamy „okna Aleksiejewskiego bastionu” (a więc szyk zdecydowanie obcy polszczyźnie, żywcem przeniesiony z rosyjskiego), a nieco dalej, na stronie 14 mamy już Prospekt Angielski (czyli szyk zmieniono na polski, bo po rosyjsku jest Anglijskij Praspekt). Dla większości czytelników nie ma to znaczenia, ale zawsze trafi się jakaś maruda, taka jak ja.
Czy polecam tę książkę? Trochę tak, a trochę nie. Wszystko zależy od tego, czego oczekuje potencjalny czytelnik. Jeśli ktoś szuka dobrej powieści historycznej, z pewnością „Ikony” go nie zawiodą. Jeśli jednak wiesz już co nieco na temat historii Rosji przełomu wieków, i chcesz pogłębić wiedzę, poszukaj czegoś innego. „Ikony” nie dostarczą ci zbyt wielu informacji, a miejscami mogą nawet zwieść na manowce.

czwartek, 2 marca 2017

FURIA LUDZI PÓŁNOCY

ŁAGODNA FURIA


Tytuł: „Furia ludzi Północy”
Autor: Philip Parker
Tłumacz: Norbert Radomski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 488

Powiedzmy to szczerze – wikingowie są na topie. W końcu mają swoje pięć minut! Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam natknie się na jakiś ich ślad. A to nordyccy bogowie spoglądają na nas z kart komiksów Marvela i z plakatów filmu „Thor” , a to Kanadyjczycy do spółki z Irlandczykami serwują nam serial Michaela Hirsta  „Wikingowie”, a to Bernard Cornwell wyda cykl „Wojny wikingów”. Wikingomania dopadła także rodzimych autorów, że wspomnę chociażby o bardzo chwalonym cyklu Artura Szrejtera „Wojny wikingów i Słowian”. Prawdę mówiąc, ta akurat moda jakoś mnie ominęła.   Postanowiłam w końcu zbadać „o co z tymi wikingami chodzi”, bo muszę przyznać, że z moją bezbrzeżną ignorancją zaczynałam coraz częściej się czuć wyobcowana z grona znajomych bardziej biegłych w tym temacie.
Dodatkowym bodźcem do uzupełnienia braków w erudycji okazało się polskie wydanie książki pióra Philipa Parkera „Furia ludzi Północy”. Pozycja ukazała się w mojej ukochanej (i wielokrotnie przeze mnie chwalonej) rebisowskiej serii „Historia”. I tym razem także się nie zawiodłam. Pięknie wydana książka (elegancka okładka, solidne wykonanie, ciekawe ilustracje – to cechy charakterystyczne serii) ma równie satysfakcjonującą zawartość.
Autor zdobył się na odważny krok.  Nie podążył utartą ścieżką, wyrwał się poza obowiązujący schemat wikinga – krwiożerczej bestii i łupieżcy, który z pianą na ustach, w bitewnym szale bezlitośnie szatkuje przeciwników. Oczywiście, wikingowie Parkera to nadal wojownicy, ale autor pokazał też inne aspekty kultury ludów Północy: poznajemy zaradnych osadników, utalentowanych artystów i polityków.
„Furia ludzi Północy” pomyślana została i zrealizowana z ogromnym rozmachem. Parker portretuje wikingów wielopłaszczyznowo. Najazdy, podboje, sztuka walki, technika wojskowa i szkutnicza to tylko drobny ułamek tego, co znalazło się w książce. Autor wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo wikingów, jakie obowiązywało w nim prawo,  prezentuje ich poezję, religię i architekturę. Nagromadzenie informacji aż przyprawia o zawrót głowy. A wszystko to okraszone mitami, legendami i ciekawostkami.
Jak już wspominałam, nie jestem znawcą tematu, trudno jest mi więc ocenić książkę pod względem merytorycznym. Tym niemniej odniosłam wrażenie, że „Furia ludzi Północy” to pozycja przygotowana bardzo starannie.  Świadczy o tym chociażby obszerna bibliografia, szczegółowy indeks czy liczne przypisy. Przez cały czas czuć, że autor podszedł do tematu bardzo poważnie. Rzekłabym wręcz, że chwilami  za poważnie. Momentami zdarza mu się zbaczać z kursu literatury popularnonaukowej i ostro dryfować w kierunku publikacji akademickiej. Tekst niewątpliwie nabiera przez to powagi, ale za to trochę trąci podręcznikiem. Jest to szczególnie wyczuwalne w warstwie językowej.  Nie ma w nim obiecanej w tytule furii, jest jedynie bardzo rzetelna wiedza. Czytając o wikingach, chciałoby się oczyma wyobraźni zobaczyć starego woja opowiadającego nordycką sagę, tymczasem z kart książki spogląda na nas profesor w tweedowym garniturze.
Podsumowując. „Furia ludzi Północy” to z pewnością pozycja bardzo wartościowa, bogate kompendium wiedzy o dziejach wikingów od czasów legendarnych aż po ich wpływ na współczesność.  Lektura wymaga jednak sporego skupienia. To nie jest książka do poczytania w pociągu.