czwartek, 22 czerwca 2017

PRYWATNE ŻYCIE SUŁTANÓW

SEKRETY DWORU SUŁTANA


Tytuł: Prywatne życie sułtanów. Sekrety władców imperium osmańskiego
Autor: John Freely
Tłumacz: Justyn Hunia, Anna Sak
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 366
ISBN: 978-83-240-3724-7


Mimo, że w dobie Internetu telewizja nie ma aż tak wielkiego wpływu na społeczeństwo jak to onegdaj bywało, to wciąż ma ogromną moc kreowania mód i trendów. W wielu przypadkach jest to zjawisko pozytywne. To dzięki niezbyt skądinąd ambitnemu programowi „Taniec z gwiazdami” ludzie masowo ruszyli do szkół tańca, a serial „Wspaniałe stulecie” zainicjował falę zainteresowania imperium osmańskim. Ktoś może powiedzieć, że moda mija i większość ludzi porzuci chwilową pasję na rzecz nowej. To prawda, ale przecież jakiś procent będzie nadal uprawiać nowe hobby. Nie wspominając już o tym, że kilka miesięcy intensywnych pląsów pomogło zrzucić parę zbędnych kilogramów, a zdobyta wiedz historyczna pozostanie w pamięci i kiedyś może się przyda – jeśli nawet nie da wymiernych korzyści finansowych, to pozwoli błysnąć erudycją. Tak więc nie walczmy z modami. Popierajmy je i wyciągajmy z nich to, co najlepsze.

O serialu „Wspaniałe stulecie” wspomniałam nie bez przyczyny. Na fali popularności tego filmu (aczkolwiek z niejakim opóźnieniem) ukazała się na polskim rynku książka autorstwa Johna Freelya „Prywatne życie sułtanów. Sekrety władców imperium osmańskiego”. Do książek powstałych pod wpływem mody podchodzę z niejaką nieśmiałością, gdyż często ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Tym razem jednak moje obawy okazały się płonne. „Prywatne życie sułtanów” to pozycja ze wszech miar godna polecenia.

W przypadku pozycji popularno-naukowych często mamy do czynienia z zachwianą równowagą. Gdy autor za bardzo skłania się ku członowi „popularny” dostajemy nieznośną papkę, gdy przeciwnie, za bardzo przejmie się określeniem „naukowa” zaczyna wiać nudą. John Freely znalazł idealne proporcje: napisał książkę świetnie wyważoną: wartościową, a jednocześnie ciekawą.

Po przeczytaniu tego, nieco może przydługiego, wstępu nietrudno odgadnąć o czym rzecz traktuje. Dokładnie tak, jak to zapowiada tytuł, pozycja poświęcona jest dworskiemu życiu Domu Osmanów – dynastii, która przez ponad siedemset lat władała imperium osmańskim. Zaczyna się może troszeczkę ciężkawo – autor funduje nam skondensowaną porcję historii powstania dynastii w XIII wieku, ale potem, gdzieś tak w okolicach upadku Konstantynopola robi się naprawdę ciekawie. Freely koncentruje się na wszechobecnej w seraju polityce. Analizuje władze matki panującego sułtana (valide sultan), wyjaśnia różnicę między pierwszą kobietą (birinci kadin) a sułtańską faworyta (haseki), szczegółowo wyjaśnia hierarchię obowiązująca w haremie. Opisuje fascynujące, choć często przerażające wydarzenia: morderstwa, intrygi, spiski, knowania.

Dwór sułtana to zamknięty, fascynujący świat, rządzący się własnymi regułami. Miejsce, które ciekawie jest obserwować, acz niekoniecznie chciałby się tam żyć. I chodzi mi nie tylko o pozycję kobiety w kulturze Orientu. Los brata władcy też nie był godny pozazdroszczenia. Książka pełna jest interesujących faktów, opowieści i legend, które każdy, kto choć trochę interesuje się historią, powinien poznać.

Wszystko to John Freely opowiada w sposób przejrzysty, zwięzły (ale nie przesadnie) i klarowny. Dzięki temu książkę dobrze się czyta, a przyswojenie obszernego materiału historycznego nie nastręcza żadnych trudności. Fakty po prostu same się zapamiętują. Z pewnością pomagają w tym starannie dobrane, przepiękne ilustracje. Szkoda tylko, że jest ich tak mało, ale w dobie Wikipedii i Googla nie jest to duży problem. Bardzo przydatny jest też słowniczek zawierający popularne słowa i terminy tureckie a także występujące w języku polskim wyrazy pochodzenia orientalnego.

Jeśli czegoś mi w „Prywatnym życiu sułtanów” zabrakło, to szerszego tła historycznego i społecznego. Autor koncentruje się na niewielkim wycinku rzeczywistości tracąc z oczu obraz całości. Spowodowało to (przynajmniej u mnie) pewne trudności ze zrozumieniem korelacji między upadkiem imperium a panowaniem ostatnich, słabych sułtanów i określeniem, co było skutkiem, a co przyczyną. Jest to jednak drobny mankament, nie zmieniający faktu, że „Prywatne życie sułtanów” naprawdę warto przeczytać. Polecam!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

PROBLEM TRZECH CIAŁ

W ODMĘTACH NAUKI


Tytuł: Problem trzech ciał
Autor: Cixin Liu
Tłumacz: Andrzej Jankowski
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis 2017
Stron: 452
ISBN: 978-838062049-0



Dawno, dawno temu, gdy jeszcze miałam czas i ochotę na prowadzenie bogatego życia towarzyskiego, na pewnej, dość kameralnej imprezie, przydarzyła mi się niezobowiązująca rozmowa z młodą i, co to ukrywać, lekko podchmieloną intelektualistką. Dziewczę owo (z gatunku „my, intelektualistki, czytamy wyłącznie poezję) pragnąc podkreślić swą erudycję i nieszablonowość, rzuciło mimochodem „niedawno odkryłam nowego, nieznanego poetę – Pablo Nerudę”. Tylko nadludzki wysiłek woli sprawił, że nie wybuchnęłam śmiechem i nie oplułam sączonym niefrasobliwie drinkiem innych, nieświadomych zagrożenia gości.
Historia ta przypomniała mi się po latach, bo oto czytelnicy odkrywają nowego, nieznanego pisarza – Cixin Liu. Tymczasem wystarczy klika kliknięć by dowiedzieć się, że Cixin Liu pisał i publikował w czasach, gdy część miłośników fantastyki właśnie uczyła się raczkować. Autor debiutował w roku 1998, rok później otrzymał pierwszą nagrodę za twórczość literacką i od tego czasu trwa pasmo jego nieprzerwanych sukcesów.
Na usprawiedliwienie nieświadomych „odkrywców” , w tym także (co przyznaję ze wstydem), piszącej tej słowa, przemawia fakt, że tłumaczeniami dzieł Cixin Liu w przeszłości raczej nas nie rozpieszczono. Z tego co wiem, co wiem, przed ukazaniem się powieści „Problem trzech ciał”, na język polski przetłumaczono zaledwie jedno opowiadanie Liu - „Wędrująca Ziemia”.  Czytanie w oryginale, w tym przypadku nie wchodzi raczej w grę. Liczba osób biegle władających chińskim jest, mimo wszystko ograniczona (oczywiście, jeśli pominiemy miliard z okładem Chińczyków).
W końcu jednak twórczość chińskiego mistrza sf pokonała chiński mur i szturmem wdarła się na zachodnie rynki. Doprawdy, szkoda, że musieliśmy tak długo czekać, bo Liu jest autorem ze wszech miar godnym uwagi.
„Problem trzech ciał” – pierwsza część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to hard SF w najlepszym wydaniu. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, gdy powiem, że tytułowe trzy ciała, to bynajmniej nie zwłoki (kto liczył na kryminał może w tym miejscu porzucić wszelką nadzieję) lecz obiekt, znanego naukowcom nie od dziś, zagadnienia  mechaniki klasycznej, polegającego na wyznaczeniu toru ruchów ciał wchodzących w skład n-elementowego układu. Zapachniało nauką? I to jak!  Mówimy wszach o powieści z gatunku fantastyki-naukowej, takiej, w której oba człony nazwy  są równoprawne. Przez lata SF pozostawała w odwrocie, ulegając zmasowanym atakom elfów, krasnoludów, smoków, wilkołaków i nastoletnich czarodziejek. Teraz jednak odbija się od dna i powraca w wielkim stylu.   Nie ukrywam, że SF jest mi znacznie bliższa niż fantasy, stąd ma radość z takiego obrotu spraw.
W „Problemie trzech ciał” nauka nie jest jedynie ozdobnikiem czy pretekstem. Jest pełnoprawnym bohaterem opowieści. Osią, wokół której osnuta jest cała intryga.  Bez niej cała książka straciłaby sens. Autor, praktykujący inżynier (pracuje w elektrowni w Yangquan w prowincji Shanxi) czuje się wśród technicznych rozważań jak ryba w wodzie. Płynnie łączy zdobycze współczesnej nauki i techniki z tworami wyobraźni. Pamiętacie może, głośny swego czasu film „Farinelli”? Aby uzyskać skalę głosu niedostępną współczesnym śpiewakom spece od komputerów połączyli głosy dwójki artystów – kobiety i mężczyzny – tak, że moment przejścia był nie do uchwycenia nawet dla wielu melomanów. Owszem, każda osoba posiadająca jako-taki słuch potrafiła określić, czy w danym momencie słyszy głos męski czy żeński, ale tylko nieliczni potrafili wskazać dokładny moment, w którym następowała zmiana. Podobnie jest z nauką w „Problemie trzech ciał”. Każdy, mniej więcej obeznany z techniką czytelnik wie, co jest prawdą, a co wymysłem autora, ale wcale nie tak łatwo jest uchwycić wyraźną granicę między tymi dwoma światami. Pychotka!
Spekulacje naukowe to nie jedyny problem nurtujący pisarza. Powieść Liu to niesamowity konglomerat rozważań technicznych, politycznych i filozoficznych, rzucony na przeciekawe tło historyczne i obyczajowe. Wszak rzecz dzieje się w Chinach – kraju równie nam obcym i nieznanym co powierzchnia Księżyca. Właściwie, zrobiwszy pobieżny przegląd swej dość płytkiej wiedzy dochodzą do wniosku, że o Księżycu wiem nico więcej niż o Kraju  Środka. Twórca amerykańskiego przekładu, Ken Liu, był tego faktu w pełni świadomy, bo opatrzył tekst licznymi komentarzami włączonymi również do wydania polskiego. Tak jak nie lubię przypisów w literaturze beletrystycznej, tak tym razem  jestem za nie bardzo wdzięczna. Bez nich straciłabym wiele niuansów oczywistych dla chińskiego czytelnika, ale zupełnie niedostrzegalnych dla przeciętnego człowieka zachodu. Nachodzi mnie tylko smutna refleksja, ileż jeszcze dodatkowych smaczków mi umknęło? Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że bardzo wiele.
„Problem trzech ciał” to powieść wielowątkowa.  Akcja osadzona jest  w różnych miejscach czasu i przestrzeni. Mamy i współczesne Chiny, i Chiny okresu rewolucji kulturalnej, i rzeczywistość wirtualną, i obcą, oddaloną od Ziemi o lata świetlne cywilizację.  Autor po mistrzowsku panuje nad tym bogactwem. I tu czuje się logiczny, konsekwentny umysł inżyniera. Do powieści ani na chwilę nie wkrada się chaos. Nic tu nie jest przypadkowe.  Historia jest niczym skomplikowany mechanizm, pełen zagadkowych detali. Choć liczba elementów początkowo zaskakuje, to po bliższym spojrzeniu okazuje się, że nic tu nie jest zbędne. Wydarzenia cały czas łączą się ze sobą niczym idealnie dopasowane koła zębate,  rozwój wypadków jest konsekwentny niczym ruch elementów perfekcyjnie dostrojonego mechanizmu, a czytelnik, mimo całego rozmachu opowieści, ani na chwilę nie czuje się zagubiony.  „Problem trzech ciał”, choć  jest pierwszą częścią trylogii, nie ma znamion „rozbiegówki”. To dobrze przemyślana, skonstruowana i po mistrzowsku skomponowana całość.  Autor nie wpadł w manierę wielu współczesnych pisarzy, którzy po kilkuset stronach pokazują czytelnikowi figę nic nie wyjaśniając. U Liu tajemnice zostają odkryte, zagadki rozwiązane, wszystkie wątki domknięte.  Oczywiście, zakończenie jednoznacznie sugeruje, że należy się spodziewać  ciągu dalszego, jest to jednak na tyle subtelne, że nie poczułam się oszukana. Obiecano mi ciekawą historię i ciekawą historię dostałam. Razem z rozwiązaniem. A mimo to, mimo że nie zastawiono na mnie pułapki wiem, że i tak sięgnę po kolejne części, bo „Problem trzech ciał” to rzecz na tyle dobra, że nie potrzeba cliffhangera by czytelnik miał ochotę przeczytać kolejny tom.

Zamiast post scriptum. Trochę trudu sprawiło mi rozszyfrowanie, które z dwóch słów jest imieniem, a które nazwiskiem autora.  Jak wiadomo, Chińczycy  umieszczają nazwisko przed imieniem. Z drugiej strony Europejczycy o tym wiedzą i czasami zamieniają słowa miejscami żeby było „po naszemu”, tak że w końcu nie wiadomo czy zastosowano szyk chiński, czy europejski. Żeby było trudniej, na okładce widnieje Cixin Liu, ale już w notce Copyright – Liu Cixin. W końcu jednak udało mi się dociec prawdy i z całą odpowiedzialnością mogę napisać Cixin to imię, a Liu nazwisko.  

niedziela, 23 kwietnia 2017

PRÓBA OGNIA

O KATEGORIACH (nie tylko wagowych)

Tytuł: Próba ognia
Autor:  Josephine Angelini
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Wydawca: Jaguar
Stron: 527



Każdy, kto choć trochę interesuje się sportem,  z pewnością zauważył, że  regulamin niektórych dyscyplin próbuje wyrównywać szanse zawodników. Stąd w podnoszeniu ciężarów czy w boksie podział na liczne kategorie wagowe (pozwolę sobie na dygresję – uwielbiam słowo „lekkopółśrednia”). Z drugiej strony są dyscypliny takie jakie jak biegi czy skok wzwyż, gdzie wszyscy startują razem bez względu na warunki fizyczne.  Mamy nawet drugą skrajność – jeździectwo, gdzie kobiety startują na równi z mężczyznami.
Podobnie jest z recenzjami książek. Niektórzy próbują stosować kryteria uniwersalne, inni oceniają pozycję w obrębie szerszych lub węższych kategorii. Przyznam się, że bliżej mi do drugiego podejścia. Bo jak tu porównać na przykład „Zbrodnie i karę” z takim „Harrym Potterem”? 
Po co ten nieco przydługi wstęp? Ano po to, bym mogła jasno i wyraźnie powiedzieć „Próba ognia” dość blado wypada w klasyfikacji ogólnej, ale w swojej kategorii – romanse fantastyczne dla młodszych nastolatek – prezentuje się wcale nieźle.  Co więcej, to co przy zastosowaniu kryteriów obiektywnych jest wadą, w obrębie tej specyficznej kategorii może być zaletą. Dziwne? Dziwne! Pozwólcie więc wytłumaczyć mi się z tej jakże pokrętnej logiki.
Zacznijmy od pomysłu, wokół którego osnuto fabułę. Oto mamy słabowite dziewczę, które po przeniesieniu do równoległego świata okazuje się władać super mocą. Ależ to już było! Ile razy? Trudno zliczyć. Gdy jednak zadumać się nad tym przez chwilę, rodzi się refleksja. Jeśli ten pomysł wykorzystywano z sukcesem tyle razy, to może zwyczajnie czytelnicy go lubią? Może po prostu jest atrakcyjny? W końcu liczba możliwych scenariuszy bajki jest skończona i policzalna, nieprawdaż? Dla kogoś kto ma za sobą setki przeczytanych książek, założenia „Próby ognia” z pewnością trącą wtórnością. Dla kogoś rozpoczynającego swą przygodę z fantasy będą ciekawe.
Relacje między bohaterami są tak proste,  że już prościej być nie może. Ona jedna, ich dwóch – jeden dobry, drugi zły i pytanie, którego wybierze oraz czy dokona słusznego wyboru.  Ach, i jeszcze ten motyw „ja go kocham, a on widzi we mnie tylko kumpla, a gdy już mnie dostrzeże, to tylko po to, by zdradzić”.  To wszystko już było. Tyle tylko, że o tym wiedzą starzy wyjadacze. Gdy czytelnik ma naście lat, wszystko jest dla niego nowe i interesujące.  A dylemat, który u starszej pani budzi jedynie uśmieszek politowania, jest taki prawdziwy i ważki. Czymże żyją młodzi ludzie jeśli nie starymi jak świat rozterkami sercowymi?  Aż mi się łza w oku kręci, gdy pomyślę, że sama kiedyś byłam takim czytelnikiem – niezblazowanym i dziwiącym się światu.
Po nieskomplikowanym świecie chodzą sobie nieskomplikowane postaci. Główna bohaterka, Lili, jest dość irytującym nagromadzeniem cnót wszelakich: wegetarianka (woli się zagłodzić nić jeść mięso), ekolożka (precz z atomem!), współczująca, wrażliwa. Mam cichą nadzieję, że w kolejnych tomach u panny wystąpi jakaś, bodajże mikroskopijna, wada. Na drugim planie przewija się cała galeria łatwych do sklasyfikowania postaci: Osoba Która Jest Zła Bo Została Skrzywdzona w Dzieciństwie, Rozgoryczony Nieszczęśliwym Zawodem Miłosnym, Szlachetny Gej, Oddany Sprawie Naukowiec, Knujący Za Plecami. Długo by wymieniać. I znowu, zanim zaczniemy narzekać, pomyślmy o potencjalnym czytelniku. Młodym. Młodzi tak mają, że widzą świat czarno-biały. Potrzebują jednoznacznych postaci, wyrazistego podziału, wyraźnych definicji. Na dostrzeganie odcieni szarości przyjdzie jeszcze czas.
Również fabuła „Próby ognia” nie jest specjalnie wysublimowana. Prosta, linearna, przedstawiona w taki sposób, że nawet najbardziej nieuważny czytelnik nie ma szans się pogubić. I znowu, z jednej strony można zarzucić książce brak subtelności czy wyrafinowania, z drugiej jednak, gdy przypomnimy  sobie o grupie docelowej, taki zabieg wydaje się całkiem logiczny. Powieść ma wciągnąć, zaciekawiać, nauczyć że czytanie bywa przyjemne, a nie odstraszać skomplikowaną formą. Czas na wyrafinowane utwory literackie przyjdzie później. Znacznie później.
Jedyne czego nie da się wybronić  to pojawiający się miejscami brak wewnętrznej logiki opowieści.  Z jednej strony autorka co i rusz powtarza, że magia to coś niesamowicie trudnego, coś, czego trzeba się latami uczyć, a z drugiej strony pozwala swej bohaterce opanować tę trudną sztukę w ciągu dosłownie kilku chwil.  Takich nielogiczności jest w tekście więcej. Bardzo młody czytelnik pewnie przymknie na nie oko, być może nawet nie zauważy pochłonięty fabułą, ale trochę to nieładnie ze strony autorki.  Takie niedopracowanie szczegółów świadczy o pewnym braku szacunki dla czytelnika. A może o braku wiary w jego inteligencję?
Wiecie już o jakim typie książki mówimy? O powieści poskładanej dość sprawnie z wielu kalek. O patchworku, który choć nie wnosi nic nowego, choć pozszywany ze starych kawałków, składa się w całkiem przytulną całość.
Warto więc, czy nie warto sięgać po „Próbę ognia”? Jeśli jesteś nastolatką (albo nastolatkiem o subtelnej duszy z wyraźnym pierwiastkiem kobiecości)  poszukującą lekkiej, rozrywkowej lektury,  jeśli chcesz odpocząć czytając coś nieskomplikowanego i bezpretensjonalnego, wtedy tak – warto.  Nie masz przy tym co liczyć na jakieś szczególnie wyszukane przeżycia intelektualne, ale zapewnisz sobie kilka godzin odpoczynku.  Jeśli natomiast nie zaliczasz się do tej kategorii, to „Próba ognia” raczej nie jest dla ciebie.

czwartek, 13 kwietnia 2017

DZIKI ŁABĘDŹ I INNE BAŚNIE

BAŚŃ NASZA POWSZEDNIA

Tytuł: Dziki łabędź i inne baśnie
Autor: Michael Cunningham
Tłumacz: Jerzy Kozłowski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 158


Bajki, baśnie, legendy… Towarzyszą nam niemal przez całe życie. Historie opowiadane przez mamę do snu, snute nieśpiesznie przez babcię przy kominku, czytane w długie, zimowe wieczory przez dziadka. Jakoś tak jest, że inne, znacznie dostojniejsze opowieści zacierają się z czasem w naszej pamięci, a bajka trwa.
Wydawać by się mogło, że wszyscy znamy te same historie: o Babie Jadze, o dzikich łabędziach, o dzielnym, ołowianym żołnierzyku. A jednak ilu ludzi, tyle interpretacji. Czegóż to  się w baśniach nie dopatrywano! Jakich tylko treści w nich nie wyłowiono! Natknęłam się na interpretacje ideologiczne, genderowe, freudowskie. W baśniach widziano odgłosy walki klasowej (sic!): wywodzący się z ludu Iwanuszka/Jaś kontra symbol władzy i ucisku  (car/król), propagowanie społecznej dominacji mężczyzn – Kopciuszek jako przedmiot wymiany matrymonialnej, podtekst seksualny – książę całujący Śnieżkę w trumnie jako  przejaw dewiacji seksualnej. I tak dalej, i tak dalej. Długo by wymieniać. Niejedną dysertację na ten temat napisano.
Każdy też inaczej opowiada swoją baśń.  Podkreślając jedne szczegóły i pomijając inne nadaje opowieści nowe znaczenie. Od jakiegoś czasu popularne jest odzieranie baśni z magii.  Warianty z cyklu „historia prawdziwa” nie dziwią już nikogo, a wręcz spowszedniały czytelnikom i widzom. Były już parodie, były wersje „dla dorosłych”. Czy można jeszcze coś w tej dziedzinie wymyślić, czymś zaskoczyć?
Okazuje się, że można. Michael Cunningham, w niedużej, ale niewątpliwie godnej uwagi książce „Dziki łabędź i inne baśnie” stosuje podwójną woltę. Najpierw pozbawia opowieści całej bajkowej otoczki, a potem nakłada na nie grubą warstwę poezji. Poezji pisanej prozą. Efekt jest więcej niż dobry.
Dziesięć baśni opowiedzianych na nowo, dowcipnie i z ironią, ale bez złośliwości. Wręcz przeciwnie, pełnych zrozumienia dla ludzkich słabości i sympatii dla inności.
Każda z historii ma własny, niepowtarzalny styl. Jedne wywołują na twarzy uśmiech, inne sprawiają że w oku niespodziewanie zakręci się łza. Jedne są zabawne, inne melancholijne, jeszcze inne przerażające. Wszystkie natomiast wciągają, pobudzają do myślenia i zaskakują.
„Dziki łabędź i inne baśnie” to książka magiczna. Książka, której nie da się czytać szybko. Oczywiście, technicznie rzecz ujmując, te sto pięćdziesiąt stron (sporą czcionką i z ilustracjami) można by bez większego trudu „machnąć” w jeden wieczór, ale byłoby to niewybaczalne marnotrawstwo. Coś jak wypicie jednym haustem znamienitego koniaku. „Dzikiego łabędzia” trzeba smakować. Rozkoszować się każdym zdaniem, każdym słowem. Gdy opowiadanie dobiegnie końca zamiast przejść szybciutko do następnego tekstu (choć kusi!) warto na chwilę odłożyć książkę, zamknąć oczy i pomyśleć. Pozwolić działać wyobraźni, pobawić się skojarzeniami, poszperać we wspomnieniach i ze zdumieniem odkryć, że przecież znasz bohaterów tej historii - to przydarzyło się komuś z twoich znajomych lub bliskich! A może nawet tobie samemu?
„Dziki łabędź i inne baśnie” to nie jest książka na plażę, to nie jest książka do poczytania w autobusie czy w poczekalni do lekarza. To książka do czytania po zmroku, w ciszy, gdy możemy zostać sam na sam z własnymi myślami, gdy nic nam nie przeszkadza, nic nie dekoncentruje, bo opowieści Cunnighama zasługują na to, by poświęcić im pełną uwagę.
I jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko ebookom. Mam czytnik, lubię go i właściwie nigdy się z nim nie rozstaję, ale cieszę się, że „Dziki łabędź” trafił do mnie w wersji tradycyjnej. Książka jest bardzo starannie wydana, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o genialne ilustracje Yuko Sizmizu – przyciągające uwagę, intrygujące, niejednoznaczne. Czarno-białe grafiki w zadziwiający sposób łączące wpływy Wschodu z estetyką Zachodu.  Ilustracje, będące wspaniałym uzupełnieniem świetnego tekstu, a jednocześnie stanowiące wartość same w sobie.

środa, 5 kwietnia 2017

FAK MAJ LAJF

TO NIE JEST TEKST DLA STARYCH LUDZI


Tytuł: Fak maj lajf
Autor: Marcin Kącki
Wydawnictwo: Znak Literanova 2017    
Stron: 320
ISBN: 978-83-240-3802-2

„Fak maj lajf” pióra Marcina Kąckiego to taki dziwny debiut, który w zasadzie nie jest debiutem. Autor ma za sobą wiele lat pracy jako dziennikarz, napisał też kilka książek z gatunku literatury faktu. Teraz postanowił zmierzyć się z materią powieści. Jaki wyszło? No cóż, mówiąc najoględniej kontrowersyjnie. Patrząc na książkę obiektywnie, jestem przekonana, że znajdzie ona wielu zwolenników. Subiektywnie natomiast… Powiem bez owijania w bawełnę, rzecz zupełnie nie przypadła mi do gustu. Trudno powiedzieć, czy to że książka jest jaka jest, to wynik przemyślanej kreacji artystycznej, czy raczej efekt uboczny nawyków reporterskich. To, co sprawdza się w prasie, nie zawsze musi wyjść na dobre literaturze pięknej.

Po pierwsze, język. Bardzo prosty, wręcz lapidarny. W sam raz do porannego wydania gazety. Wiadomo, czytelnik właśnie pije pierwszą kawę, jeszcze się do końca nie obudził, nie ma go co katować zdaniami podrzędnie złożonymi ani wyrafinowanymi metaforami. Lektura nie służy do delektowania się subtelnością stylu, a ma na celu jedynie przyswojenie podstawowych faktów. Tekst ma „wchodzić” lekko i szybko, bo na przeczytanie artykułu jest tylko tyle czasu, ile zajmuje zjedzenie kanapki albo przejechanie trzech przystanków w zatłoczonym autobusie. Od powieści oczekuję jednakże czegoś więcej. W końcu określenie „literatura piękna” zobowiązuje!

Po drugie, wulgaryzmy. Od czasu „Psów” Pasikowskiego wulgaryzmy na dobre zadomowiły się w kulturze popularnej. Nie bądźmy hipokrytami. Kto z nas od czasu do czasu nie zaklnie sobie od serca? Wulgaryzm, nawet bardzo mocny, ma obecnie pełne prawo znaleźć się w tekście. Co więcej, może być nawet pożądany, na przykład podczas budowania postaci. Z wulgaryzmami jest jednak tak jak z przyprawami. Dodane w rozsądnych ilościach nadają potrawie smaku, ale stosowane bez opamiętania sprawiają, że danie staje się niejadalne. Kącki wyraźnie „przesolił” swą powieść (że pociągnę to kulinarne porównanie). W książce trudno znaleźć stronę, a  w niektórych fragmentach chociażby akapit, bez mało literackich słów. To, co miało w zamyśle budować atmosferę, na dłużą metę męczy i nudzi.
A przecież można inaczej. Gdy czytamy Gogola, zachwycamy się ironią autora. Pamiętacie „Martwe dusze”?  „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.”*).  
Można pisać o łajdactwach bez przekleństw? Można!

Po trzecie, subtelność. A właściwie jej brak. Nawiązania do rzeczywistości są delikatne niczym onuce w carskiej armii. Doprawdyż, autor nie jest zbyt wysokiego mniemania o inteligencji ludzi, dla których pisze. Bardzo się boi, że czytelnik nie zrozumie aluzji. Przydałby się trochę wiary w możliwości intelektualne bliźnich. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś, kto sięga po powieść nie jest skończonym głupkiem. Ba!, to osoba, która nie tylko umie, ale i lubi wyszukiwać niuanse i czytać między wierszami. To nie widz sitkomu, któremu trzeba puszczać śmiech zza kadru, bo inaczej nie pojmie, że właśnie opowiedziano dowcip. A jeśli nie zrozumie? Hmmmm… czy aby an pewno warto walczyć o takiego czytelnika? Może zamiast równać w dół warto zmuszać potencjalnych odbiorców do pewnego, chociażby minimalnego, wysiłku intelektualnego? Inaczej zamiast literatury dostajemy nieznośną papkę.

Po czwarte, akcja. W zamyśle miała być szokująca. (Przynajmniej tak się zgaduję). W praktyce wyszło tandetnie. Całość nasuwa mi na myśl artykuły portali internetowych, nastawione na dużą „klikalność”, pisane specjalnie tak by wywołać tanie oburzenie i falę komentarzy. Zabawne jest to, że Kącki w „Fak maj lajf” wyśmiewa to zjawisko, a jednocześnie sam stosuje taką samą zagrywkę. Ciekawe czy to świadome działanie, czy po latach pracy dziennikarskiej przyzwyczajenie stało się drugą naturą?

Po piąte, postacie. Przerysowane do  bólu. Jeden w drugiego szuja, krętacz i karierowicz. Takie rozwiązanie jest dla mnie pochodną wspomnianego przed chwilą nawyku walki o „klikalność”.  Rzecz nie w braku bohatera pozytywnego. Zniechęca przebijająca z kreacji sztuczność. Świat zaludniony przez szubrawców trzeba budować z talentem, a przede wszystkim wiarygodnie. Różne są na to sposoby. Posłużę się tutaj kilkoma wielkimi nazwiskami. Gdy oglądamy filmy Tarantino przemoc, okrucieństwo i łajdactwo mają w sobie jakąś dziwną, prześmiewczą  lekkość. Gdy patrzymy na  mroczne światy Smarzowskiego, czujemy, że wszystko jest tam spójne, każda niegodziwość z czegoś wynika i czemuś służy. Gdy czytamy Chandlera czujemy, że zło naturalnie wplecione jest w akcję.  Czytając Kąckiego mam wrażenie, że autor co i rusz pokrzykuje „A teraz, drogi odbiorco tekstu, będę cię szokował”. Tyle tylko, że powieść nie szokuje, a jedynie nudzi.
Ok. Kończę już marudzenie, bo może nie mam racji. Może tak się teraz pisze, a to po prostu nie jest tekst dla starych ludzi? Widocznie mi z Kąckim nie po drodze. Idę poczytać Gogola.

*) Mikołaj Gogol „Martwe dusze” str. 50  Wydawnictwo „Tower Press” Gdańsk 2001 brak danych tłumacza

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

ATLANTYDZKI GEN (I ZARAZA)

 CHCECIE BAJKI? OTO BAJKA!


Tytuł:„Gen atlantydzki”
Autor: A.G. Riddle
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Wydawca: Jaguar 2015
Stron: 560
Tytuł: „Atlantydzka zaraza”
Autor: A.G. Riddle
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Wydawca: Jaguar 2016
Stron: 510


















Moje pierwsze spotkanie z „Genem atlantydzkim” A.G. Riddle’a  nieomal zakończyło się depresją. Poczułam się stara, zmęczona życiem i w ogóle nie z tej epoki.  A wszystko to za sprawa kompozycji jakby rodem zaczerpniętej z psychodelicznego teledysku. Tekst wygląda jak zbiór fragmentów wyjętych z niszczarki i posklejanych w całość w dość arbitralnym porządku. Autor bez ładu i składu rzuca nas z miejsca na miejsce, z wątku do wątku, od postaci do postaci. Doprawdy trudno się w tym chaosie połapać. Być może taka właśnie estetyka przemawia do młodego pokolenia wychowanego na reklamach, klipach i SMS-ach, ale dla mojego uwarunkowanego klasyką umysłu to za duże wyzwanie.
Na szczęście z czasem z chaosu wyłania się myśl przewodnia, a poszarpane wątki zaczynają łączyć się w spójną całość.
Gdy już zorientowałam się, kto jest kim, zrobiło się nawet ciekawie.  Akcja zaczęła toczyć się wartko.
A. G. Riddle to niewątpliwie pisarz obdarzony ogromną wyobraźnią. Na co jak na co, ale na brak pomysłów nie może narzekać. Czego tu nie ma! Jest i sensacja, i thriller, i przygoda, i science ficion i teorie spiskowe. Jest nawet nieśmiało zarysowany wątek romansowy. I jest też, oczywiście, obiecana w tytule Atlantyda. Gdybyż jeszcze autor umiał jakoś zapanować nad całym tym inwentarzem! Gdyby ktoś uświadomił mu, że czasem mniej znaczy więcej (nie  tylko w damskiej modzie).  Bo w całym tym bigosie brakuje chyba tylko wikingów.
Bigos – jak to bigos. Początkowo wchodzi dobrze, ale w nadmiarze powoduje przeróżne sensacje trawienne. Podobnie książka Riddle’a zaczyna nużyć.  Wraz z biegiem akcji autorowi coraz trudniej posklejać fragmenty w sensowną całość. Klei więc na ślinę, po macoszemu traktując logikę i zdrowy rozsądek. To częsta przypadłość początkujących autorów: boją się, że tekst jest zbyt prosty i z wielkim samozaparciem zaczynają go coraz bardziej udziwniać i komplikować, dorzucając do barszczu kolejne grzybki. (Oj, coś mam dzisiaj fazę na kulinarne porównania!)
Na zakończenie pierwszego tomu autor serwuje czytelnikom „twist”  w stylu serialu dla kucharek, gdzie główna bohaterka okazuje się zagubionym nieślubnym dzieckiem trzeciego męża swojej siostry i czwartej córki ciotecznej babki po kądzieli. Albo jakoś tak.
„Gen atlantydzki” rozpoczyna trylogię Zagadka pochodzenia. Drugi tom, „Atlantydzka zaraza”, niewiele  różni się od pierwszego. Właściwie ma wszystkie jego plusy i minusy. Z tą może tylko różnicą, że całość jest jeszcze mniej prawdopodobna i coraz bardziej zbacza w stronę fantastyki katastroficznej. Na świecie szerzy się pandemia tytułowej atlantydzkiej zarazy, a ludzkości grozi zagłada. Łapiecie klimat?
Jeśli jest tak źle, jak napisałam, to jakim cudem trylogia Zagadka pochodzenia odniosła ogromny sukces wydawniczy? Wszak, jeśli wierzyć notce na ostatniej stronie okładki (a nie mam powodów, by jej nie wierzyć), książkę przetłumaczono na dwadzieścia języków.
Myślę, że odpowiedź tkwi w zderzeniu moich subiektywnych oczekiwań z rzeczywistością. Sięgając po thriller, spodziewam się wiarygodnej historii. Oczywiście autor może, a wręcz musi, uatrakcyjniać opowieść, wprowadzając do niej elementy zaskakujące. Musi przy tym jednak dbać o spójność opowieści, a już pod żadnym pozorem nie może brać rozwodu z logiką. Tymczasem mocno naciągana opowieść Riddle’a wymaga od czytelnika bardzo dużej dozy dobrej woli (nie mam) albo umiejętności całkowitego zawieszenia niewiary i wyrzeczenia się sceptycyzmu (nie potrafię). Jeśli ktoś szuka niewymagającej wysiłku intelektualnego bajki, jeśli potrzebuje zwyczajnie oczyścić umysł bezrefleksyjną lekturą,  seria Zagadka pochodzenia z pewnością spełni jego oczekiwania. Widocznie w naszych zabieganych czasach sporo osób potrzebuje takiej formy relaksu, i stąd popularność cyklu. Nie widzę w tym nic zdrożnego, jednak osobiście gustuję w innego rodzaju literaturze.
PS. Wśród wielu niewyjaśnionych tajemnic, które być może wyjaśni tom trzeci, jest zagadka imienia (imion?) autora. Nigdzie nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie, od czego pochodzi skrót A.G. Prawdę mówiąc, podczas lektury dwóch pierwszych tomów trylogii to pytanie zaciekawiło mnie najbardziej.

czwartek, 23 marca 2017

NEFRYTOWY RÓŻANIEC

SPOTKANIE Z FANDORINEM


Tytuł: Nefrytowy różaniec
Autor: Borys Akunin
Tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo: Świat Książki 2009   
Stron: 656
ISBN: 978-832-47-1463-6


Kolejna książka opowiadająca o przygodach Erasta Fandorina. Zbiór opowiadań i mikropowieści o tym, co robił i gdzie bywał Fandorin w przerwach między sprawami opisanymi w  poprzednich książkach cyklu. Dzięki temu uzupełnionych i wyjaśnionych zostaje wiele luk w życiorysie bohatera. I tak, dowiadujemy się, na przykład, skąd wziął się nefrytowym różaniec, z którym Fandorin nigdy się nie rozstaje, dlaczego na znanym portrecie nasz bohater przedstawiony jest w uniformie studenta Instytutu Transportu Kolejowego, jak nawiązał znajomość z Andżeliką Kraszeninnikową oraz dlaczego nadano mu dziwne imię Erast?
„Nefrytowy różaniec” jest swego rodzaju żartem literackim, a jednocześnie hołdem oddanym mistrzom gatunku. Każde z opowiadań nawiązuje – zarówno treścią jak i delikatną stylizacją - do twórczości jednego z wybitnych twórców literatury: Sanyutei Encho (Jigumo), Edgara Allana Poe (Table-talk 1882), Georga Simenona (Z życia wiórów), Roberata van Gulika (Nefrytowy różaniec), Artura Conan Doyle’a (Skarpeja Baskakowów), Patrycji Highsmith (Jedna dziesiąta procenta), Agaty Chistie (Herbatka w Bristolu), Washingtona Irvinga (Dolina marzeń), Umberto Eco (Przed końcem świata),  Maurice’a Leblanca (Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych).
Można się spodziewać, że taka rozmaitość  inspiracji musiała zaowocować wielobarwnością treści. I w rzeczy samej, opowiadania wchodzące w skład zbioru są bardzo zróżnicowane. Od zabawnej historii z Dzikiego Zachodu (Dolina marzeń) po mroczną, przygnębiającą opowieść z syberyjskiej głuszy (Przed końcem świata). Od kameralnej opowieści (Table-talk 1882) po egzotyczną historię z Jokohamy (Jigumo). Od kłopotów brytyjskiej arystokratki (Herbatka w Bristolu) po swojskie przesądy mieszkańców prowincjonalnej Baskakowki (Skarpeja Baskakowów). Od realistycznej historii z życia XIX wiecznej Moskwy (Z życia wiórów) po żart literacki (Jedna dziesiąta procenta). A na koniec żart piętrowy - pojedynek Erasta Fandorina z samym Sherlockiem Holmesem. W ironicznej opowieści detektywistycznej „Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych” Fandorin i Masa muszą stawić czoła samemu Arsenowi Lupin rywalizując jednocześnie ze znamienitym duetem Sherolck Holmes i dr Watson.
„Nefytowy różaniec” to bardzo udana książka. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Gdybym miała wskazać jeden tekst, który zrobił na mnie największe wrażenie, byłaby to bez wątpienia mikropowieść „Przed końcem świata”. Mroczna przygnębiająca lecz jednocześnie intrygująca i pobudzająca do myślenia historia. Na Syberii, wśród staroobrzędowców dochodzi do szeregu rytualnych samobójczych zgonów. Fabuła w której Fandorin musi wykryć inspiratora tragicznych wydarzeń i zapobiec ogromnej katastrofie jest jedynie pretekstem do rozważań o pysze ukrytej pod płaszczykiem pokory, fanatyzmie i płynących z nich zagrożeniach.
Znakomita, wciągająca lektura. Polecam!