czwartek, 12 października 2017

MÓJ OJCIEC PABLO ESOBAR

NIEŁATWE JEST ŻYCIE GANGSTERA


Tytuł: „Mój ojciec Pablo Escobar”
Autor: Juan Pablo Escobra
Tłumacz:  Magdalena Olejnik
Wydawca: Znak i S-ka 2017
Stron: 492
ISBN: ‎978-83-5676-79-5

Do biografii pisanych przez członków rodzin sławnych ludzi, podobnie jak  do autobiografii, zwykle podchodzę z niejaką ostrożnością. Autorzy mają skłonność do popadania w skrajności: albo lukrują opowieść takim stekiem pochlebstw, że czytelnikowi aż się na mdłości zbiera, albo wręcz przeciwnie, na siłę szukają skandali, skandalików i sensacji. Zdecydowanie wolę prace przygotowane przez niezależnych badaczy, którym łatwiej zdobyć się na obiektywizm. Ku memu, jakże miłemu, zaskoczeniu, Juan Pablo Escobar nie wpadł w pułapkę subiektywizmu i napisał interesującą, wartą uwagi książkę o swoim ojcu, (nie)sławnym Pablo Escobarze.
Czy o własnych rodzicach można pisać obiektywnie? To z pewnością trudne. A gdy ojcem jest postać tak barwna jak Pablo Emilio Escobar Gaviria, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Pamiętajmy, że w chwili śmierci ojca Juan był nastolatkiem. O wielu rzeczach nie wiedział, inne – jakby nie były okropne – uważał za normalne, bo po prostu nie znał innego życia. Poza tym, jak każde dziecko, nawet gdy zaczął dostrzegać wady ojca, nie przestał go kochać. Myślę, że każdy na jego miejscu przeżywałby podobny konflikt serca i rozumu.
Autor postanowił wybrnąć z sytuacji stawiając na szczerość i taktyka ta sprawdziła się w stu procentach. Co więcej, szczerość sprawia, że niedostatki tekstu niepostrzeżenie zamieniają się w zalety.
Jedną z takich wad-zalet jest styl powieści. Język jest bardzo prosty, wręcz lapidarny, a styl mocno chaotyczny, bałaganiarski, miejscami wręcz nieporadny. Jeden z rozdziałów - „Kaprysy” bardziej przypomina wstępny szkic niż ukończony fragment książki. W powieści, a nawet w książce popularno-naukowej, raziłoby to niemiłosiernie, natomiast tutaj nadaje opowieści niepowtarzalny charakter. Powiem więcej, ta zgrzebność dodaje książce autentyzmu. Czytając mam pewność, że tekst nie wyszedł spod pióra „ghost writera”. Juan Pablo miał do opowiedzenia historię o tym co widział i co przeżył. Przekazał wydarzenia tak jak umiał i jak zapamiętał.
Dość zaskakujący jest dobór faktów. Wypadki, którymi żył świat, mieszają się z nieistotnymi wspomnieniami dziecka. Muszę się przyznać, że te ostatnie sprawiły mi ogromną frajdę. W końcu, historię  narcos może opisać każdy badacz. Pewnie zrobiłby to rzetelniej i bardziej szczegółowo, ale o drobiazgach z życia Escobara – jego nawykach, drobnych słabościach i natręctwach -  możemy dowiedzieć się wyłącznie od bliskich narkotykowego barona. Ot, takie mało znaczące ciekawostki, które z pewnością niewiele wnoszą do historii świata, ale są po prostu zajmujące. (Szczególnej uwadze polecam anegdotkę o czarnych papugach).
Niezwykle interesujące są też opisy stosunków panujących wśród krewnych Escobara. W zbiorowej świadomości funkcjonuje, ukształtowany głównie przez literaturę i film, obraz solidarnej, trzymającej się razem rodziny mafijnej. „Mój ojciec Pablo Escobar” rozwiewa te złudzenia. Wedle słów Juana Pabla, wujkowie i ciotki okazali się równie groźni jak członkowie wrogich klanów. A wszystkich bije na głowę babcia Hermilda. Gdy o niej poczytałam, wszyscy moi niezbyt lubiani krewni (wszak każdy ma jakiegoś kuzyna, za którym niespecjalnie przepada) wydali mi się od razu znacznie milsi.
Jeśli w stylu Escobara coś razi, to nie prostota lecz nieco nadmierna egzaltacja. Autor na każdym kroku, do znudzenia, stara się odciąć od kryminalnej przeszłości ojca i podkreśla, jak kocha swoje nowe, uczciwe życie. Choć, z drugiej strony, można to zrozumieć. Z książki wynika, że często oskarżano zarówno jego jak i matkę o korzystanie z fortuny ojca oraz o propagowanie stylu życia narcos. A jak wiadomo, kto się gorącym sparzył, ten na zimne dmucha.
Poważniejsze zastrzeżenia budzi natomiast jakość polskiego wydania. W tłumaczeniu znalazłam kilka naprawdę żenujących błędów merytorycznych, wynikających wyłącznie z nieprawidłowości w przekładzie lub redakcji. Żeby nie być gołosłowną podam przykład. Oto na stronie 305, w opisie wydarzeń z 25 stycznia 1988 roku czytamy „…Hoyosa zabił ,Pininę’, oddając do niego jedenaście strzałów.” Natomiast na stronie 326 mamy „…14 czerwca ojcu zadano poważny cios – policja zabiła ,Pininę’, szefa militarnego organizacji”. Jeśli dorzucimy do tego fakt, że prokurator Carlos Mario Hoyos zginął 25 stycznia 1988 z rąk ludzi Escobara staja się jasne, że to nie Hoyos zabił „Pininę” tylko… „Pinina” zabił Hoyosa. Nie chcę się czepiać, ale to dość poważna różnica.
„Mój ojciec Pablo Escobar”, choć rzecz napisano bardzo rzetelnie, jest mimo wszystko pozycją, której bliżej do literatury plotkarskiej, niż do poważnej analizy fenomenu kolumbijskich  narcos. Na kartach książki nie znajdziesz zbyt wielu szczegółów funkcjonowania kartelu z Medellin, bo niby skąd miałby je znać kilkunastoletni chłopak. Dowiesz się za to wiele o człowieku, który wypowiedział wojnę całemu państwu. Takiej wiedzy nie znajdziesz w żadnym podręczniku. Polecam!

środa, 4 października 2017

Mindhunter

ŁOWCA UMYSŁÓW



m więcej człowiek czyta, tym bardziej wybredny się staje. Coraz częściej dochodzi do wniosku, że wszystko już było. Kolejne fabuły wydają mu się coraz bardziej miałkie i wtórne. Z drugiej strony okazuje się, że życie wciąż potrafi go zadziwić. 

Każdemu przynajmniej raz w życiu przytrafiło się coś tak dziwnego, iż opisane w książce lub pokazane w filmie spotkałoby się jedynie z niedowierzaniem i opinią, że autora czy scenarzystę tym razem za bardzo poniosła wyobraźnia. Sama przeżyłam kilka takich epizodów, chociaż nie jestem osobą o specjalnie fascynującej biografii. Cóż więc dopiero mówić o ludziach z niebanalnymi życiorysami! Do takich należy, bez dwóch zdań, John Douglas – który stał się pierwowzorem postaci Jacka Crawforda, agenta z filmów o Hannibalu Lecterze. Spisał on swoje wspomnienia w książce. Teraz, po lekturze mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to jeden z tych przypadków, gdy życie okazuje się bardziej zaskakujące niż fikcja. 

Debiutujący na polskim rynku wydawniczym „Mindhunter” nie jest pozycją nową. Liczy sobie ponad ćwierć wieku – powstał w roku 1995. Pewnie nigdy byśmy go nie poznali, gdyby nie zapowiedziany na połowę października serial Netflixa. Czekając na film, warto przeczytać książkę, bo choć nie jest wolna od wad, to z pewnością godna uwagi. 

„Mindhunter” jest autobiografią. Zdanie to, choć wydaje się truizmem, w rzeczywistości bardzo dobrze określa tę pozycję, wskazując, czym ona jest, a czym nie jest. Trzeba powiedzieć jasno: to ani kryminał, ani opowieść o FBI. To historia o Johnie Douglasie. Można ewentualnie potraktować ją jako swoiste studium powstawania i rozwoju profilowania, z tym jednak zastrzeżeniem, że niekompletne i subiektywne (co bynajmniej nie znaczy, że nie jest ciekawa). 

Książkę dałoby się podzielić na trzy części. To podział umowny, wymyślony przeze mnie na potrzebę tego tekstu i niemający nic wspólnego z rozdziałami wyznaczonymi przez autora. Z drugiej jednak strony – bardzo wyraźny. 

Część pierwszą pozwolę sobie nazwać roboczo celebrycką. Nie znajdziemy w niej zbyt wiele wiadomości ani o profilowaniu, ani o seryjnych mordercach. Poznamy za to młode lata autora, dowiemy się, jak kształtowała się jego osobowość, jak stał się tym, kim jest. Myślę, że są to informacje skierowane głównie do Amerykanów. Za oceanem, gdzie kult celebrytów rozrósł się do absurdalnych rozmiarów, John Douglas był swego czasu prawdziwą gwiazdą. Naszego, rodzimego czytelnika jego burzliwa młodość, perypetie rodzinne i zdrowotne mogą, ale nie muszą zaciekawić. Dużo zależy od oczekiwań. Dla zainteresowanych osobowością najsłynniejszego bodaj profilera informacje te będą bez wątpienia ciekawe, jednak fanom historii kryminalistyki mogą wydać się zbędnym balastem. 

Z czasem Douglas znalazł swoją drogę zawodową, a historia jego życia nierozerwalnie splotła się z historią FBI oraz nauk behawioralnych. I tak oto płynnie przechodzimy do drugiej części, prezentującej, zgodnie z obietnicą zawartą w podtytule, „Tajemnice elitarnej jednostki FBI zajmującej się ściganiem seryjnych przestępców”. No, może „tajemnice” to za dużo powiedziane. Nie ma tutaj zbyt wielu „technicznych” sekretów ani informacji wydobytych z tajnych akt FBI. Większość (jeśli nie wszystkie) wiadomości można by z pewnością wydłubać z doniesień prasowych. Bo „Mindhunter” nie jest podręcznikiem profilowania, lecz opowieścią o powstawaniu i ewolucji behawioralnego aspektu kryminalistyki; o długiej drodze, jaką przeszli Douglas i jego koledzy: od wyśmiewanych, traktowanych z wyższością szarlatanów do pełnoprawnych, szanowanych specjalistów. 

W końcu część trzecia, najbardziej kontrowersyjna, w której autor prezentuje swoje poglądy na temat działania systemu penitencjarnego, resocjalizacji i zapobiegania seryjnym przestępstwom. Są to poglądy bardzo zdecydowane i, nie ma co ukrywać, zdecydowanie tradycjonalistyczne. Gdyby nie fakt, że książka powstała wiele lat temu, napisałabym, iż wpisuje się w bardzo czytelny ostatnimi czasy nurt radykalizacji postaw konserwatywnych. Ta wyrazistość przekonań z pewnością przysporzy Douglasowi tyluż zwolenników, co wrogów. 

Cały czas piszę o jednym autorze, choć książka ma ich dwóch. Drugim, nieco wstydliwie pomijanym, jest Mark Olshaker. Żywię poważne podejrzenia, graniczące z pewnością, iż Douglas opowiadał, a Olshaker nadawał jego opowieści formę literacką. Oczywiście mogę się mylić, dlatego podkreślam – jest to tylko mój domysł, nie zaś wiedza. Załóżmy jednak, że Douglas dał treść, a Olshaker nadał jej formę. Jak mu poszło? 

„Mindhunter” napisany jest bardzo topornym językiem. Zauważyłam, iż to dość typowe dla anglosaskiej literatury wspomnieniowej. Kiedyś ta jej cecha mnie irytowała, ale z czasem doszłam do wniosku, że stanowi celowy zabieg, mający dodać tekstowi autentyzmu. Wszak to, że ktoś jest specjalistą w swoim fachu nie znaczy, iż musi mieć pióro giętkie niczym Jane Austen. Zrozumiałam i zaakceptowałam. Znacznie trudniej mi zaakceptować układ informacji. Do tekstu wkradł się spory chaos, sporo tu nieoczekiwanych przeskoków, urwanych nagle wątków i powtórzeń. Nieco to denerwujące. 

Gdybym miała ocenić książkę Douglasa i Olshakera jednym zdaniem, napisałabym: „interesująca pod względem informacyjnym, ale szwankuje tu i ówdzie, jeśli idzie o formę”. 

Tytuł: Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI zajmującej się ściganiem seryjnych przestępców
Autor: John Douglas, Mark Olshaker
Tłumacz: Jacek Konieczny
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 430
ISBN: ‎978-83-240-3747-6

x

czwartek, 14 września 2017

WYMAZANE

Witkowski jak zwykle w formie


Tytuł: „Wymazane”
Autor: Michał Witkowski
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 304
ISBN: ‎978-83-240-4663-8

O Michale Witkowskim słyszeli nawet ci, którzy niespecjalnie interesują się literaturą. Na czym polega fenomen tego pisarza?  

Cóż, w dobie Internetu, gdy problemem jest nie tyle brak informacji, co jej nadmiar, trzeba umieć się sprzedać, wyróżnić z tłumu i, co najtrudniejsze, utrzymać zainteresowanie. A to Witkowski umie jak mało kto. Potrafi inteligentnie prowokować, intrygować, przyciągać uwagę. Media go pokochały. Nic więc dziwnego, że każda jego nowa książka jest wydarzeniem budzącym emocje na długo przed premierą. Krytycy i czytelnicy z niecierpliwością czekają na kolejne dzieło kontrowersyjnego pisarza. I oto mamy gorącą powieść  – „Wymazane”.  

Tym razem autor wziął pod lupę życie polskiej prowincji, ze wszystkimi jej wadami, śmiesznostkami i dziwnościami. W zapyziałym miasteczku, gdzieś za Suwałkami, trwa smutne, szare życie, rządzące się własnymi prawami. Na przekór modzie na prowincjonalizm, wykreowanej przez popularne  seriale, takie jak „Ranczo” czy „Plebania”, Witkowski nie podążą tropem sielankowej wizji pogodnego, przyjaznego, małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją spokojnym, cukierkowym życiem. Prowincja Witkowskiego to apatia  i degrengolada, to dziwaczna mieszanka zarozumialstwa, marazmu, mix żałosnych marzeń i równie żałosnych aspiracji. „Polska Z” – jak określa ją sam autor. Obraz, jak to u Witkowskiego, mocno przerysowany, ale wciągający i przemawiający do wyobraźni.

Witkowski to baczny obserwator.  Tyleż wnikliwy co bezwzględny – nie ma litości dla nikogo, kpina dosięga każdego. Dostaje się wszystkim: starym i młodym, bogatym i biednym, tym z aspiracjami  i tym pogrążonym w bezczynności. Dostaje się nawet jemu samemu. Tak, tak! W kilku epizodach pojawia się nie kto inny, jak właśnie pisarz Michał Witkowski we własnej osobie.

„Wymazane” to – przynajmniej pod względem formy - pozycja bardzo typowa dla Witkowskiego: pełna czarnego humoru i ironii zahaczającej o absurd. Jak to z groteską bywa - na powierzchni jest śmieszna, ale wystarczy tylko na chwilę przystanąć, zastanowić się i zaczyna być zupełnie nie do śmiechu. To, co przed chwilą wydawało się zabawne i niemożliwe, w rzeczy samej okazuje się smutne i przytłaczające swą prawdziwością, Autor tego nie wymyślił. Tak naprawdę jest. Taki naprawdę jest otaczający nas świat. W takiej rzeczywistości żyjemy.

„Wymazane” napisane jest charakterystycznym językiem, który znamy już z „Drwala” czy „Fynf und cfancyś”. Autor nie tylko zbliża się do granicy wulgarności, ale wielokrotnie ją przekracza i to przekracza zdecydowanie zapędzając się w rejony mocno kontrowersyjne. Jest to z pewnością uzasadnione i wynika ze starannie przemyślanej koncepcji artystycznej, ale czy nie nazbyt ryzykowne? Na to pytanie trudno odpowiedzieć, bo każdy czytelnik, czy mówiąc ogólnie, każdy odbiorca sztuki, ma inną, osobistą granicę akceptacji. Jak w tym starym dowcipie kończącym się słowami „to nie jest pornol, to ambitne kino europejskie”.

„Wymazane” udowadnia, że Witkowski jest nadal w świetnej formie. Miłośnicy jego prozy z pewnością nie będą rozczarowani – dostaną dokładnie to, czego mogli się spodziewać. Ci, którzy pisarza nie lubią, raczej nie zmienią zdania. A co z tymi, którzy Witkowskiego nie znają? Nie bardzo wierzę, że tacy istnieją, ale zróbmy na chwilkę takie założenie robocze. Dla takich osób „Wymazane” to pozycja wręcz wymarzona, aby zapoznać się z twórczością pisarza, bo Witkowskiego można lubić lub nie, ale z pewnością warto poznać jego twórczość, a decyzję czytać czy nie czytać podjąć świadomie. 

piątek, 8 września 2017

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

W POSZUKIWANIU KRYMINAŁU DOSKONAŁEGO


Tytuł: „Grób mojej siostry”
Autor: Robert Dugoni
Tłumacz:  Lech Z. Żołędziwoski
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 398
ISBN: ‎978-83-7985-947-4


Wiek dojrzały zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy powie się z całkowitą powagą „No cóż, za moich czasów…”. Granicę tę przekroczyłam czas jakiś temu. Myślę, że punktem zwrotnym był moment gdy zaczęłam narzekać, że nikt już nie pisze kryminałów tak, jak za moich czasów. Nie ograniczam się jednak do marudzenia i, jako człowiek czynu, cały czas nie ustaję w wysiłkach próbując znaleźć kryminał doskonały. Podczas tych poszukiwań natknęłam się na „Grób mojej siostry” pióra Roberta Dugoniego. Nie jest to może perfekcyjny kryminał, ale zasługuje co najmniej na miano dobrego, a nawet więcej niż dobrego. Książka zapewniała mi kilka wieczorów przedniej rozrywki, a o to przecież chodzi w literaturze popularnej.
W tym miejscu muszę chyba coś doprecyzować. „Grób mojej siostry” nie jest kryminałem w czystej postaci, takim jak pisywali klasycy gatunku. W niczym nie przypomina dzieł Christie, Gardnera czy rodzimego Edigeya. To powieść stricte współczesna, stanowiąca bardzo udany mariaż powieści detektywistycznej, kryminału sądowego i sensacji, zaprawiony tu i ówdzie delikatnym wątkiem erotycznym (nie odważyłabym się go nazwać romansowym). Ciekawe, że autor nie starał się utrzymać stałych proporcji między gatunkami. Wręcz przeciwnie, bawi się nimi, łączy, miesza i żongluje niczym wytrawny kuglarz.
Pierwsza część, jest wyraźnie bardziej klasyczna, powolniejsza, bardziej przypominająca prozę detektywistyczną. W części drugiej tempo zdecydowanie wzrasta, akcja staje się bardziej wartka, zwiększa się także udział sensacji: więcej tu gonitwy, ucieczek i przygód, mniej żmudnego śledztwa. To bardzo dobrze przemyślana kompozycja. Dugoni stopniowo buduje napięcie, podkręca akcję, zagęszcza mroczną atmosferę. Rzecz początkowo powolna, konsekwentnie nabiera prędkości, by na koniec zacząć gnać niczym dobrze rozpędzona lokomotywa. I z siłą pędzącej lokomotywa uderza czytelnika zupełnie zaskakującym finałem. Niektórzy mogą być może stwierdzić, że jest to finał lekko naciągany, ale w moim odczuciu, mieści się w granicach wyznaczonych przez gatunek. Wszak sensacja i kryminał opierają się na suspensie. Opowieści z życia wzięte to zupełnie inna kategoria.
Intryga powieści osnuta jest wokół zbrodni z przeszłości. Śledcza, Tracy Crosswhite, od dwudziestu lat usiłuje ustalić co tak naprawdę spotkało jej siostrę, Sarę. Nie wierzy w wyniki śledztwa sprzed lat, nie satysfakcjonuje jej wyrok, który wtedy zapadł.
Akcja toczy się równolegle w dwóch planach czasowych: wydarzenia z przeszłości przeplatają się ze chwilą obecną. Czytelnik na przemian, to obserwuje toczące się współcześnie śledztwo, to staje się świadkiem wydarzeń sprzed dwóch dekad. Autor bardzo umiejętnie i uporczywie wciąga nas w mroczny świat zbrodni. Z każdą kolejną stroną coraz pełniej uczestniczymy w rozwoju wypadków. Niezauważalnie z biernych świadków zmieniając się w zaangażowanych uczestników wydarzeń. I choć nie możemy bezpośrednio włączyć się do akcji, to emocjonalnie przenosimy się do świata literackich bohaterów.
Retrospekcje mają na celu nie tylko wprowadzenie nas w sprawę. Służą także, a może przede wszystkim, budowaniu postaci. Obserwując Tracy w dwóch planach czasowych – „teraz” i „wtedy” – możemy znacznie lepiej zrozumieć jej postępowanie, rozgryźć motywacje i, po prostu, polubić. Dugoni wie, że bez dobrego bohatera nie ma dobrej powieści. Na nic najciekawsze przygody, na nic najwymyślniejsze intrygi, na nic czające się zewsząd niebezpieczeństwa, jeśli los bohatera jest nam obojętny. Wie, i konsekwentnie tworzy wyraziste, ciekawe postaci, których losem naprawdę jesteśmy w stanie się przejąć. Dotyczy to nie tylko głównej bohaterki, lecz także postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych.
W warstwie językowej książkę czyta się dobrze. Język i styl – nie za proste, ale i nie nadmiernie skomplikowane -  zostały dobrze dopasowane do zrywkowego charakteru powieści. Liczne dialogi dodają tekstowi dynamizmu, a opisy są w sam raz: na tyle długie by pobudzić wyobraźnię i na tyle krótkie, by nie znużyć.
Z notki wydawcy wynika, że „Grób mojej siostry” to pierwsza część cyklu o przygodach detektyw Tracy Crosswhite. To cieszy, bo z prawdziwą przyjemnością sięgnę po kolejne tomy. Obym nie musiała czekać na nie zbyt długo!




piątek, 25 sierpnia 2017

DŻENTELMEN W MOSKWIE

PRZYPADKI HRABIEGO ROSTOWA


Tytuł: Dżentelmen w Moskwie
Autor: Amor Towles
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 560
ISBN: 978-83-240-3753-7

Gdybym  miała jednym słowem określić książkę Amora Towlesa „Dżentelmen w Moskwie” bez wahania użyłabym słowa „urocza”. Gdyby pozwolono mi myśl rozwinąć, dodałabym „wyśmienita”, „świetnie napisana”, „niezwykle inteligentna”,  „wciągająca”. To mocny kandydat do miana najciekawszej książki roku (oczywiście, w moim, prywatnym rankingu).

„Dżentelmen w Moskwie” jest jak ogr (a ogry, jak wiadomo, są jak cebula) – ma warstwy. Pierwsza warstwa jest cieniutka, delikatna i błyszcząca. To bezpretensjonalna opowieść o ekscentrycznym, rosyjskim, arystokracie uwięzionym przez dziesięciolecia w moskiewskim hotelu „Metropol”.  Drobne historie, wydarzenia  dnia powszedniego, opowiedziane lekko i z wdziękiem. Idealnie wyważone połączenie subtelnego humoru z lekką nutką nostalgicznego smuteczku. Nic na pozór nieznaczące epizody, które w dłuższej perspektywie okazują się momentami przełomowymi i wydarzenia wstrząsające, które, wbrew obawom lub oczekiwaniom, nic nie zmieniają. Zdarzenia brzemienne w skutki i takie, które na nic nie wpłynęły. Historie zazębiaj się, przeplatają, jak to w życiu. Niby nie ma wyraźnej linii fabularnej, nie ma zagadki, nie ma intrygi, a jednak nie sposób się od książki oderwać.

Warstwa druga, głębsza, to próba ukazania przemian zachodzących w porewolucyjnej Rosji. Temat teoretyczni powszechnie znany, wyeksploatowany do bólu w literaturze, teatrze i filmie, a jednak przedstawiony w sposób inny niż zwykle. Bez zadęcia, bez patosu, bez nadmiernego ideologizowania. Zazwyczaj, gdy pisarz bierze na warsztat historię Rosji to albo uderza w tragiczne tony (skądinąd nie bez powodu), albo decyduje się na ostrą satyrę, często niebezpiecznie zbliżoną do farsy. Towles podszedł do tematu zupełnie inaczej – pokazał moskiewską rzeczywistość z perspektywy szeregowego obywatela, zwykłego człowieka – jednego z tysięcy. No dobrze, może nie do końca zwykłego. Główny bohater, tak jak wielu z nas, żyje w świecie gwałtownych przemian, widzi zdarzenia zmieniające świat, ale jednak stoi nieco z boku. Tak właśnie jest w prawdziwym życiu. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że coś, co dla nas jest tylko codziennością, kolejnym drobnym wydarzeniami w paśmie normalnych, szarych dni, za kilka lat trafi do podręczników historii.

Warstwa trzecia, najgłębsza, ale i najsmakowitsza, to opowieść o ludzkiej kondycji, o życiu w zgodzie z samym sobą i o odwadze dnia codziennego. Odwadze stawiania czoła niedogodnościom, przeszkodom, i rozczarowaniom. Odwadze pozostania sobą bez względu na okoliczności. Opowieść o umiejętności przetrwania i dostosowania się bez zdradzania ideałów. W trudnych czasach trzeba się niekiedy ugiąć, ale ważne by przy tym nie dać się złamać. Bohater zamknięty w ograniczonej przestrzeni, straciwszy wszystko co stanowiło treść jego życia: majątek, rodzinę, tradycję, nie poddaje się. Rozumie, że to co najważniejsze nie znajduje się na zewnątrz lecz w nas samych. Jak długo pozostaniemy wierni samym sobie, jak długo będziemy postępować zgodnie z zasadami, w które wierzymy, tak długo życie ma sens. Każde ludzkie istnienie ma jakiś nadrzędny cel – trzeba go tylko umieć znaleźć.

Jedną rzecz trzeba powiedzieć jasno: „Dżentelmen w Moskwie” to książka przeznaczona dla miłośników literatury refleksyjnej, pełnej subtelnego humor i ukrytych znaczeń.  Poszukiwacze sensacji, szybkiego tempa, pościgów, nagłych zwrotów akcji i rubasznych dowcipów raczej nie będą zachwyceni. To nie jest zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Każda powieść jest skierowana do określonej grupy osób – nie da się dogodzić wszystkim.

A teraz, gdy się już nazachwyacałam do oporu, muszę wspomnieć o pewnym małym zgrzycie, zaburzającym obraz książki idealnej. Chodzi o tłumaczenie rosyjskiego nazewnictwa. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że przy tłumaczeniu z angielskiego  liczba transformacji (rosyjski -> angielski -> polski) zmieniała nieszczęsne nazwy nie do poznania. O ile terminy historyczne jako-tako się wybroniły, o tyle nazwy miejsc: ulic, rzek, placów, itd. zostały zniekształcone w sposób z lekka groteskowy. Młodszemu czytelnikowi, któremu bliżej do kultury amerykańskiej niż rosyjskiej,  nie będzie to być może zbytnio przeszkadzać, ale osoby znające Moskwę lub lepiej zorientowane w rosyjskiej kulturze mogą nie być zachwycone. A przecież to akurat można było dość łatwo zweryfikować.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

JAK ZRUJNOWAĆ KRÓLOWĄ

FAKTY CIEKAWSZE OD FIKCJI


Tytuł: Jak zrujnować królową
Autor: Jonathan Beckman
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 416
ISBN: 978-83-240-3554-0

Diamentowy naszyjnik wart fortunę, Maria Antonina, kardynał Rohan i spowity mrokiem tajemnicy Józef Balsamo vel Cagliostro. Miłośnicy powieści awanturniczej z pewnością od razu pomyśleli o „Naszyjniku królowej” pióra Aleksandra Duma (ojca).  Ci, którzy nie czytali tej powieści mogą, oczywiście nadrobić braki, ale nie jest to konieczne. Nieznajomość tej konkretnej  pozycji nie stanowi szczególnie poważnej luki w wykształceniu i erudycji. Mam lepszą propozycję – zamiast fikcji poznajcie prawdę, wydarzenia historyczne, które nie tylko stały się kanwą dla jednej z najbardziej znanych powieści, ale przede wszystkim zmieniły bieg historii. Zachęcam do sięgnięcia po książkę Jonathana Beckamana, o nieco przydługim, barokowym tytule „Jak zrujnować królową. Maria Antonina, skradzione diamenty i skandal, który zachwiał tronem Francji”.

W przypadku książki popularno-naukowej autor staje przed niełatwym zadaniem – musi tak dobrać treść, tak zakomponować całość, by mniej obeznany z historią czytelnik nie poczuł się zagubiony, a jednocześnie tak, by nie znudzić osób dobrze znających epokę. Z tym problemem musiał uporać się także Beckman. Nie wiedząc z jakiego pułapu wiedzy startuje potencjalny czytelnik, postanowił w miarę szybko wprowadzić go w sytuację. W skondensowanej formie szkicuje skomplikowaną sytuację polityczną i społeczną w XVIII wiecznej Europie.  Stąd dwa pierwsze rozdziały nie są specjalnie porywające. Próba upchnięcia w jak najmniejszej ilości tekstu jak największej ilości informacji zaowocowała suchym, podręcznikowym stylem, a osoba znająca i lubiąca epokę nie znajdzie zbyt wielu nowych informacji. Ale nie zniechęcajcie się! Warto przez ten początek przebrnąć, bo dalej jest lepiej, znacznie lepiej, a wręcz wyśmienicie. Język robi się o wiele bardziej przystępny, mniej suchy, postaci nabierają życia, treść (a właściwie akcja, choć w przypadku literatury faktu nie uchodzi używać tego słowa) wciąga – mówiąc krótko całość zyskuje rumieńce. Ani się czytelnik obejrzy, jak książka go porywa niczym najwytrawniejszy kryminał.

W „Podziękowaniach” autor wspomina, że praca nad tekstem trwała blisko sześć lat. To widać. „Jak zrujnować królową” to, poza wszystkim innym, kawał rzetelnej literatury historycznej. Widać, że Beckman wykonał ogromna pracę zbierając i weryfikując informacje. Sama bibliografia to piętnaście stron drobnym maczkiem, przy czym znaczną część stanowią teksty z epoki. Kolejne czterdzieści stron to bardzo szczegółowe przypisy. Brzmi strasznie? Nie ma się czego bać! Beckman reprezentuje bowiem starą, dobrą szkołę literatury popularno-naukowej, która mówi, że autor ma obowiązek przekopać się przez nudne dokumenty, opracowania i rozprawy, przetrawić to wszystko, a potem podać czytelnikowi w atrakcyjnej i przystępnej formie. W efekcie otrzymujemy lekką, przyjemną, a jednocześnie pouczającą lekturę. Ech, gdyby tak pisano podręczniki przyswajanie wiedzy byłoby znacznie milsze.

Backman nie ogranicza się do suchych faktów. Snuje własne teorie, formułuje przeróżne przypuszczenia – czasami całkiem daleko idące. Zawsze jednak wyraźnie zaznacza, co jest rzeczą udowodnioną, a co jedynie domniemaniem. Jakże wielu dziełom brakuje takiego klarownego rozgraniczenia. I tak oto autor zarobił u mnie kolejny plus.

A jeśli już o autorze mowa. Każde dzieło mówi nam wiele o swoim twórcy. Co widzimy tym razem? Z kart książki wyłania się obraz Beckmana-erudyty. Gawędziarza o rozległej wiedzy i zainteresowaniach, uwielbiającego wszelkiego rodzaju dygresje i poboczne wątki. Zwiększa to niewątpliwie atrakcyjność pozycji, ale z drugiej strony sprawia, że dość łatwo jest się pogubić w wątkach i meandrach tekstu. Taka kompozycja wymaga od czytelnika dużej dozy skupienia, dlatego „Jak zrujnować królową” to, przynajmniej w moim odczuciu, lektura nadająca się bardziej na jesienny wieczór przy kominku, niż na gorącą plażę. A że w chwili gdy piszę te słowa, lato właśnie chyli się ku końcowi, a jesień nadciąga wielkimi krokami, jest teraz najlepszy moment by sięgnąć po książkę Beckmana. Warto!




piątek, 11 sierpnia 2017

TETSUYA HONDA „PRZECZUCIE”

JAK ZOSTAŁAM ROJALISTKĄ


Tytuł: Przeczucie
Autor: Tetsuya Honda
Tłumacz: Rafał Śmietana
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 350
ISBN: 978-83-240-3792-6



Moje czytelnicze życie było ostatnimi laty bardzo trudne. Pasjami uwielbiam kryminały, ale, poza nielicznymi wyjątkami, nie lubię kryminałów szwedzkich, a te, jak nietrudno zauważyć, niepodzielnie zdominowały rynek księgarski. Co gorsza, pisarze innych nacji, w tym także Polacy, poddali się temu trendowi i zaczęli masowo  naśladować Skandynawów. Pozostała mi tylko klasyka, ale tu zasoby zaczęły się niepokojąco szybko wyczerpywać. Gdy więc weszłam w posiadanie japońskiego kryminału rzuciłam się nań z optymizmem, śliniąc się przy tym z podniecenia niczym pies Pawłowa. Miałam ogromna nadzieję, że w końcu znalazłam coś dla siebie. I nie zawiodłam się.
Kryminał jako gatunek rozrósł się nam niepomiernie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dojrzał, „wydoroślał”. Z króciutkich, płytkich historyjek z pointą, przeznaczonych dla pospólstwa wyewoluował do pełnoprawnego gatunku literackiego. Dorobił się nawet własnej, wewnętrznej klasyfikacji. Mamy więc, między innymi: powieść detektywistyczną, dramat policyjny, kryminał retro, kryminał milicyjny. Pewnie jeszcze kilka podgatunków by się znalazło.
„Przeczuciu” najbliżej do dramatu policyjnego.  W powieści Tetsuya Hondy jest wszystko, czego można oczekiwać od dobrego, współczesnego kryminału. Mamy zagadkę, mamy wartką akcję, mamy ciekawe postacie, a jako bonus arcyinteresujące tło obyczajowe. To powieść ze wszech miar współczesna, czerpiąca jednak to, co najlepsze z klasyki gatunku.
Dla kogo jest ta książka? Myślę, że krąg potencjalnych, zadowolonych czytelników jest naprawdę szeroki.
Dla miłośników kryminałów. Rzecz wcale nie taka oczywista, bo to grupa bardzo wymagająca i „rozpuszczona” bogatą ofertą. Nie mam jednak wątpliwości, że „Przeczucie” znajdzie swoich fanów. Nie chcę za dużo powiedzieć, żeby nie zepsuć przyjemności z lektury, zaznaczę więc jedynie oryginalne podejście do sposobu rozwiązania zagadki. Zazwyczaj, w kryminale (przynajmniej klasycznym) do ostatniej strony nie wiadomo, kto jest mordercą. Wszelkie pojawiające się wcześnie domysły detektywa, okazują się mylnymi tropami. Na dłuższą metę bywa to nudne, bo czytelnik wie, że rozwiązanie musi być błędne jeśli do końca książki pozostało jeszcze kilkadziesiąt stron. U Hondy jest inaczej – tajemnica rozwikływana jest nie tyle w jednorazowym przebłysku  geniuszu, co po kolei, stopniowo. Znajdujemy odpowiedź na jedno pytanie po to tylko, by pojawiło się kilka kolejnych. Chociaż, oczywiście, nie brak błędnych ścieżek i nieoczekiwanych przebłysków natchnienia u detektywów – bez tego nie może się obejść żaden porządny kryminał.
Dla miłośników powieści obyczajowej (nie mylić z romansem). Autor buduje ciekawe, niebanalne postacie oraz skomplikowane, niejednoznaczne relacje między nimi. Na pierwszy plan wysuwa się, oczywiście, główna bohaterka. Nie tylko śledzimy jej poczynania jako policjantki, lecz także – a może przede wszystkim – poznajemy jako człowieka. Im więcej wiemy o jej przeszłości, o dręczących ją demonach i o bieżących problemach, tym lepiej rozumiemy jej motywacje i postępki. I tym bardziej ją lubimy. Równie fascynujące jak rozwiązywanie zagadki jest obserwowanie zmagań Reiko o zdobycie pozycji i szacunku w świecie zdominowanym przez mężczyzn, w świecie, który nie rozumiem, że bycie żoną i matką - choć ważne - to nie wszystko i że na pewne ustępstwa względem samej siebie nie należy się godzić.
To, że Reiko jest postacią pierwszoplanową nie znaczy, to bohaterowie drugiego planu wypadają blado. Wręcz przeciwnie. To galeria bardzo ciekawych  i niebanalnych osób. Są wśród nich takie, które od razu lubimy, są i niesympatyczne, a wręcz irytujące. Jak w życiu.
Dla miłośników Japonii i osób ciekawych świata. „Przeczucie” to powieść napisana przez Japończyka dla Japończyków. Nie znajdziemy więc tu długich wywodów na temat kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, wedle zasady, że „koń jaki jest, każdy widzi”. Dostajemy za to co innego, w moim odczuciu znacznie cenniejszego. Drobne uwagi i scenki rodzajowe, niczym perełki rozsiane po całym tekście. A to policjanci kłaniają się po zakończeniu narady, a to wspomniane zostaje mimochodem japońskie święto. Pojedyncze zdania, z których niejako przy okazji czerpiemy ogromną wiedzę. Oto losowo wybrany przykład ilustrujący, co mam na myśli. Podczas przepytywania osób mieszkających w pobliżu miejsca zbrodni okazuje się, że starszy pan nic nie widział, bo codziennie jeździ autobusem do ośrodka opieki dziennej. Niby nic, a ile to nam mówi o opiece nad seniorami i o stosunku do starszych osób. Takiej ukrytej wiedzy jest w „Przeczuciu” mnóstwo.
Bardzo japońskie jest też samo rozwiązanie zagadki. Krwawe i balansujące na granicy wiarygodności. Powiem wprost – gdyby miejsce akcji było inne, nazwałbym finał przekombinowanym. W każdym innym kraju taka historia byłaby niewiarygodna, ale w Japonii… Przecież Japończycy są „inni”, tam się to mogło przydarzyć naprawdę. Wiem, że w tym momencie ulegam stereotypom, ale nie umniejsza to satysfakcji jaką dała mi lektura.
Na okładce polskiego wydania „Przeczucia” widnieje napis „CESARZ JAPOŃSKIEGO KRYMINAŁU”. Jeśli to prawda, to ja, zagorzała demokratka, właśnie zostałam rojalistką. Niech żyje cesarz!